Góry, szlaki - moja strona życia...
   
  Góry, szlaki - moja strona życia
  (za)krótki ten dzień
 
  

Wlazłem na tę górę zupełnie bez wysiłku. Dobrze się szło. Nie było ani za ciepło ani za zimno. Co chwila przystawałem żeby się rozejrzeć. W oddali pasma górskie czekały na takich łazików jak ja, a oni pewnie tam byli i patrzyli w moją stronę z takim samym zachwytem. Wokół cisza. Słychać tylko ptaki i lekki szum wiatru w koronach drzew. Strzelałem fotki jedna po drugiej. Takie z bliska i te z daleka. Bawiłem się obrazem w wizjerze aparatu, przestawiałem parametry i znów pstryk, pstryk… Czas uciekał, ale mnie się wcale nie spieszyło. Byle przed siebie. Wąską ścieżką mijałem kolejne polany, kępy krzaków i większe drzewa. Czasem z ziemi wystawał większy kamień czy głaz.
Pora późnego lata zawsze jest dla mnie atrakcyjna. Pojawiają się kolory czerwieni i złota. Na trawach rysują się obrazy z brązu i beżu. Tylko czekać do jesieni kiedy kolory staną się bardziej dojrzałe. Wtedy dopiero będzie bajkowo. Na razie jednak idąc przez wielki trawers mogłem podziwiać różnorodność motyli, much, i nawet kilka sarenek się pojawiło całkiem blisko. Oczywiście akurat wtedy aparat nie był gotów i sarenki kilkoma skokami uciekły znikając w leśnej gęstwinie zostawiając mnie w pokracznej pozycji z obiektywem przy oku. Kiedy mijało południe, byłem w połowie drogi na mój dzisiejszy szczyt. Tempo więc nie powalało, ale nie miałem o tym pojęcia. Przekonałem się o tym dopiero w domu, przeglądając fotki. Beztrosko, niemal spacerkiem wdreptałem na górę mijając po drodze nie więcej niż trzy osoby. Celowo wybrałem ten szlak, mając nadzieję na oderwanie się od wszystkich codziennych spraw.
Kiedy wchodziłem na polanę szczytową, ktoś właśnie ruszał w drogę powrotną. Ucieszyłem się więc, że będę mógł w samotności posiedzieć i porozmyślać. Znalazłem wygodne miejsce i zawiesiłem wzrok gdzieś na dalekich szczytach. Kilka głębokich oddechów w takiej scenerii znacznie poprawiło moje nastawienie do świata – ładowanie akumulatorów. Uwielbiam tak leżeć wprost na suchej górskiej trawie i obserwować daleką przestrzeń. Coś tam zjadłem, coś pstryknąłem. Jeszcze rzut oka na mapę i w dolinę, gdzie zostawiłem samochód. Daleko… teraz dopiero zegarek. Trochę mi zeszło – pomyślałem – powinienem bez pośpiechu zdążyć zejść przed zmrokiem. Tylko że w głębokich dolinach zmrok zapada szybciej. Czas ruszać.
Ten co schodził przede mną był już pewnie bardzo daleko. Podpierając się kijami trekkingowymi ruszyłem wyraźnym szlakiem. Dojście do bitej drogi było krótsze niż podejście w pierwszą stronę, ale później trzeba leśną drogą dojść do parkingu co zajmuje około godziny. Razem wychodzi trzy godziny marszu bez przerw. Właśnie wtedy pojawiła się pierwsza myśl zawahania. Czy zdążę przed zmrokiem? Chcąc podgonić nie zatrzymywałem się prawie wcale. Kiedy jednak po godzinie poczułem ból w kolanach, postanowiłem nieco zwolnić i w końcu odpocząć.
Usiadłem na powalonym drzewie i przepakowałem plecak. Mapa, latarka, polar i woda zostały na wierzchu, a reszta na dno. Jeszcze tylko kilka ostatnich fotek i aparat też powędrował gdzieś do środka plecaka. Te kilka chwil zajęło mi piętnaście minut. No to z buta. Nie zwalniałem zbytnio, bo słońce już jakiś czas temu schowało się za grzbietem, a nie uśmiechało mi się schodzić po ciemku. Długo jednak nie utrzymałem tempa. Trzeba było znów dać odpocząć kolanom. Teraz częściej spoglądałem na zegarek. Niebo zrobiło się ciemniejsze. Pomyślałem, że na następnym odpoczynku trzeba będzie zadzwonić do rodziny, żeby się nie martwili. Trochę z tym czasem przesadziłem.
Dochodziła dziesiąta godzina odkąd rano wyruszyłem. I choć kilka godzin spędziłem na szczycie mam prawo czuć się zmęczony, ale mnie dopadł jeszcze ból stawów kolanowych. Moje tempo spadało coraz bardziej. Szedłem teraz naprawdę wolno. W myślach układałem sobie co powiem przez telefon, żeby nie narobić w domu paniki. Wszak nic mi nie jest, tylko trochę później wrócę. Przystając kilka razy na parę chwil podpierałem się kijami żeby odciążyć nogi. Za kilka minut miało zrobić się ciemno. Niebo było już prawie granatowe. Gdzieś pomiędzy drzewami pilnował mnie jasny prawie w pełni księżyc.
Na charakterystycznym zakręcie szlaku musiałem usiąść, żeby znów odpocząć. Wyjąłem ostatnią kanapkę i mapę. Przy świetle latarki ustaliłem dokładnie swoją pozycję. Nie było tak źle. Normalnym tempem godzina do samochodu. Jeszcze widać było ścieżkę. Zanim ruszyłem dalej, wyjąłem telefon i zadzwoniłem do domu. Opisałem dość dokładnie gdzie jestem i zapewniłem, że nic mi nie jest.
Nie byłem jednak w stanie podgonić ani przez chwilę. Ciemność coraz bardziej zalewała wszystko wokół. Na szczęście księżyc był dla mnie łaskawy i oświetlał jasno fragmenty ścieżki. Nie świeciłem latarki, ale miałem ją na głowie. Miarowy stukot kijów i chrzęst buta na ścieżce niósł się gdzieś między drzewami strasząc ptactwo. Gdzieś dalej z boku w czarnej już od ciemności gęstwinie poruszyło się coś większego. Odruchowo odwróciłem się w tamtą stronę i rzuciłem snop światła. Poruszające się mocniej gałęzie krzaków były tym, co po zwierzu zobaczyłem. Może to sarna, albo i dzik. W każdym razie uciekło w przeciwną stronę. Na szczęście dla mnie.
W miarę upływu czasu, kolana jakoś mniej dokuczały. Opanowałem technikę stawiania kroków tak, aby nie obciążać zbytnio nóg.
Wreszcie zobaczyłem szerszą leśną drogę. Tu postanowiłem znów trochę odsapnąć. Siedziałem kilka minut na środku drogi i patrzyłem na oświetlone przez księżyc lewe pobocze. Przeciwna strona była zupełnie zalana czarną jak smoła nicością. Świerszcze głośno grały swój koncert, a nocne ptactwo nawoływało się nawzajem w leśnych ostępach. Żeby tylko nie spotkać na tej drodze jakiegoś futrzaka – pomyślałem. I rzeczywiście, ucieczka nie wchodziłaby w rachubę. Wysłałem też wiadomość do domu, że jestem przy samochodzie. Trochę zełgałem, ale nie chciałem się tłumaczyć z tego słabego tempa. Dostałem odpowiedź: „wariat”. No cóż… trudno się z tym nie zgodzić. Stukając głośno kijkami o utwardzony grunt ruszyłem do samochodu. Kolana chyba zastygły w tym odpoczynku, bo znów mi zaczęły dokuczać, ale na szczęście po kilku minutach ból jakby minął. Prawie płaska droga wiła nieco pomiędzy wzniesieniami to w prawo, to w lewo. Niewiele jaśniejsze od reszty otoczenia niebo ponad mną, wskazywało kierunek w którym rozciągała się dolina. Wreszcie gdzieś daleko z przodu zobaczyłem biało czerwoną barierę zakazującą wjazdu samochodom. W świetle latarki odbijały się światła samochodu. Byłem prawie w domu.

 

 
  Stronę odwiedziło już 33150 odwiedzających.  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=