Góry, szlaki - moja strona życia...
   
  Góry, szlaki - moja strona życia
  Elektryczny odwrót
 



Opowiadał mi pewien znajomy:

 

Był całkiem fajny poranek. Tylko jakoś mgła tej nocy nie ustępowała. Skąd wiem, że w ogóle w nocy była mgła? Mam taką przypadłość od lat, że najczęściej przed załamaniem pogody strasznie rwie mnie w nodze. Od pasa przez udo i łydkę do kostki. Tej nocy właśnie znów mnie dorwało. Musiałem wyjść ze schroniskowej sypialni i rozchodzić trochę tę nogę. Człowiek się starzeje.

Wszyscy w sali spali, a ja „stary grzyb” wierciłem się na pryczy nie mogąc znaleźć wygodnej pozycji. Cicho wyszedłem więc na zewnątrz zabierając ze sobą tylko latarkę i polarową bluzę. Pomyślałem, że popatrzę trochę na gwiazdy. Nic z tego. Okazało się, że mimo dość ciepłej nocy, wszędzie dookoła była tylko mgła. Spojrzałem na zegarek. Była 2.34. snop światła latarki praktycznie nic nie oświetlał. Dziwna ta mgła. Przesuwała się w górę, a nie jak to zwykle bywa w dolinę.

Skrzypiące deski tarasu przed schroniskiem nie pozwalały cicho spacerować, więc deptałem trochę w miejscu, żeby rozchodzić bolące mięśnie. W krzakach coś głośno chrząknęło, a po chwili mocno zaszeleściło gałęziami. Stanąłem w bezruchu. To na pewno nie był człowiek, ale też nie był to niedźwiedź. Na tarasie świeciła marna żarówka i w jej poświacie z całą pewnością było widać moją posturę. Zaświeciłem latarkę, ale nie kierowałem światła w tamtą stronę. Zwierz jakby lekko przesunął się w krzakach. Gdzieś obok słychać drugiego, a może i trzeciego. Jeśli to jednak samica z małymi niedźwiadkami, to sytuacja nie była wesoła. Powoli podniosłem światło latarki nie kierując go jednak na krzaki. Mocno skupiona wiązka odbijała się we mgle tworząc białą linię niczym miecz Lorda Wadera z Gwiezdnych Wojen. Zwierzęta musiały się tego zjawiska wystraszyć, bo ruszyły gdzieś w las. Zdążyłem pogonić za nimi światłem latarki. To był jeleń i dwie sarny. Narobiły sporo hałasu uciekając spłoszone moim światłem. Czasem zdarza się, że jelenie podchodzą blisko ludzkich osad. Najczęściej w trakcie walk godowych. Te były zupełnie spokojne. Musiały we mgle nie zauważyć światła z tarasu. Wróciłem do sypialni i jakoś udało mi się przespać resztę nocy.

Spakowany od wieczora niewielki plecak zarzuciłem na ramię i ruszyłem w kierunku mlecznej przestrzeni mając nadzieję, że mgła wkrótce ustąpi. Kilkadziesiąt minut marszu dawało mi nadzieję, że dziś wejdę wreszcie na Jagnięcy. Od dwudziestu paru lat wędruję po górach i niewiele zostało mi w Tatrach Wysokich do zdobycia. Na ten szczyt wchodziłem drugi raz. Za pierwszym nawet nie wyszedłem ze schroniska. Lało cały dzień, a urlop się kończył. Wtedy to miał być ostatni ze szczytów tamtej wyprawy. Tym razem postanowiłem wejść na Jagnięcy Szczyt jako pierwszy z kolei.

Od schroniska kilka razy się oglądałem wypatrując czy ktoś idzie tym samym szlakiem. Tą samą drogą musiałem później zejść. Za mną nikt jednak nie wchodził. Niebo, chociaż nie było aksamitnie błękitne, to jednak nie potwierdzało prognoz z przed trzech dni, które mówiły o opadach w tym rejonie. Byłem już dość wysoko i sporo chmur wisiało gdzieś poniżej. Pomiędzy nimi wciąż jednak widać było Dolinę Zieloną. Usiadłem na skale żeby w ciszy posłuchać wiatru, popatrzeć na szczyty. Siedziałem tak chyba ze trzy kwadranse. Nic nie zapowiadało zmian w pogodzie na najbliższe godziny. A jednak. Kilka minut po tym jak minąłem Kołowy Przechód, usłyszałem pierwszy raz grzmot. Obejrzałem się dookoła i za siebie, bo wiatr wiał mi w plecy. Niebo bez zmian. Tylko nad granią Jagnięcego Kotła coś jakby więcej obłoków się pojawiło. Ile mogłem mieć do szczytu? Dwadzieścia minut, może kwadrans...  i tyle samo z powrotem. Zdążę – pomyślałem w pierwszej chwili i zrobiłem dwa kroki. Stop. W kwadrans to może zmienić się wszystko. Ponurym basem zahuczało gdzieś z doliny. Jeszcze przez chwilę zastanawiałem się gdzie by to przeczekać, ale nagły podmuch wiatru z przeciwnej strony szybko przyniósł jasną odpowiedź: w schronisku. Godzina drogi jak nic. I to biegiem. Grzmotnęło znów. Tym razem gdzieś bliżej. Ruszyłem szybko w kierunku przełęczy, żeby zejść z tej grani. Burza dopadła mnie jeszcze przed Kołowym Przechodem. Musiałem szybko opuścić to miejsce, bo wiatr mnie zdmuchnie. Deszcz lał się wiadrami chyba. Moja kurtka i ochraniacz na plecak póki co wystarczały, ale spodnie miałem już dawno mokre. Błyskało się jak na koncercie Jacksona. Zeszłem ze szlaku żeby nie eksponować się na grani. Pioruny waliły w skałę co kilka sekund. Gdy zobaczyłem jesnoniebieskie ogniki kilka metrów obok, wiedziałem już , że jestem w centrum tego piekła. Najpierw stanąłem na jednej nodze, żeby uniknąć porażenia. Kilka chwil później nalazłem osłoniętą półkę skalną, gdzie wiatr nie nawiewał tyle deszczu. Usiadłem skulony na plecaku. Chociaż mokry to jednak stanowił jakiś izolator. Chyba. Błyskało się ciągle. Wydawało mi się, że świeci się wszystko dookoła. Nie mam pojęcia ile razy obserwowałem te tańczące wokół ogniki po każdym uderzeniu pioruna w skałę. Były wszędzie. I ten niesamowity zapach zjonizowanego powietrza. Cały czas czuć było trudny do określenia elektryczny zapach. Po skale, na której siedziałem płynęło kilka drobnych cieków wody deszczowej. Całe zbocze pochłonęła chmura. Nic już dookoła nie było widać tylko szarosine kłęby przewalających się chmur. Straciłem zupełnie orientację, w tym gdzie się znajduję. Wiedziałem tylko, że jestem trzydzieści może czterdzieści metrów poniżej przełęczy. Ile pode mną luftu nie widziałem i nie miałem pojęcia, bo przecież byłem gdzieś poza szlakiem. Moja sytuacja nie była wesoła. Nawet gdybym teraz chciał wezwać pomoc to jak? Telefon w plecaku, na którym siedziałem, może i lepiej, że był wyłączony. Jeśli nawet kogoś zawiadomiłbym o mojej sytuacji i określił dokładnie swoje położenie to i tak by mnie stąd nie ściągnięto. Helikopter nie poleci w taką ulewę, a ratownicy nie są odporni na uderzenia piorunów. Trzeba mi było zejść natychmiast gdzieś niżej. Trzepnęło kilkanaście metrów wyżej w skałę. Posypały się drobne kamienie i znów te ogniki. Mnie odrzuciło z półki skalnej, a może sam uskoczyłem wystraszony. Zjechałem na tyłku dobre dziesięć metrów. Wszystkie stawy zabolały mnie jak nigdy dotąd. Musiałem na moment stracić przytomność, bo nie pamiętam momentu kiedy zatrzymałem się nogami oparty i wielki głaz. Plecak był kilka metrów dalej. Bolały mnie palce rąk i nóg, kolana i stopy, ale również łokcie i barki. Chyba mnie poraziło. Mokłem tak w ulewie nie ruszając się przez kilka minut. Jeszcze grzmiało i to gdzieś nie daleko, ale już nie błyskało się. W ustach miałem pełno tego elektrycznego posmaku. Powietrze było solidnie zjonizowane. Miałem szczęście, że żyję. Zacząłem ruszać palcami, a potem całymi kończynami. Nie zauważyłem nawet żadnych ran po zjeździe z tamtej półki skalnej. Ulewa zmieniła się w deszcz, a grzmoty słychać było teraz bardziej odbijanym dźwiękiem od innych gór. Jak w wielkim garnku. Chyba nie miałem sił, żeby schodzić w dół nie znając terenu. Bałem się, że utknę gdzieś w skałach i nie będę mógł wyjść. Postanowiłem poszukać dojścia w poziomie na szlak. Zabrałem ostrożnie plecak i z sercem pod gardłem przeszedłem kilkadziesiąt metrów po skalnym, mokrym rumowisku w kierunku gdzie powinna znajdować się ścieżka. Jeśli bym jej nie znalazł musiałbym iść w górę do przełęczy. Tam na pewno były znaki. Tylko ciągle nic nie było widać. Wszędzie chmury i wiatr. Miałem nadzieję, że rozgoni je trochę. Już zacząłem układać mowę do słowackich  ratowników w razie gdybym nie mógł dalej iść albo znaleźć szlaku, ale po kilkunastu minutach znalazłem ścieżkę. Odetchnąłem głęboko, bo przecież nigdy się jeszcze w górach nie zgubiłem. Mało to w ulewie i mgle przeszedłem?

Przestało padać. Wyciągnąłem telefon z plecaka i worka. Niestety musiał też ucierpieć, bo nie dało się go uruchomić. Bateria była ładowana przed wyjściem, a telefon wyłączony. Nie mogła się rozładować. Kanapki nadawały się do zjedzenia raczej łyżką, kompletnie przemokły i były zmiażdżone. Powoli zacząłem schodzić w dół. Kilka razy odpoczywałem i rozmasowywałem bolące palce u rąk. Wreszcie po kilkudziesięciu minutach zobaczyłem zarys schroniska.

Nie przyznałem się gdzie byłem. Nie było mnie sześć godzin, więc mogłem wymyślić cokolwiek. Zełgałem coś o sklepiku we wsi. Tylko barmanowi coś nie pasowało, ale przemilczał temat. Przebrałem się i umyłem. Po nieprzespanej nocy i elektrycznym odwrocie z pod szczytu zasnąłem na łóżku w ubraniu. Ktoś obudził mnie słowami: „idi, bo ne dostanes obedu”. Kiedy zamawiałem w barze późny już obiad, barman pokręcił tylko głową. Widział jak wracałem od strony Jagnięcego.  Wieczorem na tarasie powiedział mi, że zna dobrze ten wyraz twarzy. Wręcz rozkazał mi szybko przebadać się u lekarza. Nie posłuchałem go tak do końca. Był sporo młodszy ode mnie. U lekarza byłem dopiero po powrocie do Polski. Wyszło na to, że najbardziej ucierpiał jednak mój telefon.

 

Wysłuchałem tej opowieści gdzieś na skale przy pięknej pogodzie. Pogawędziliśmy jeszcze o tym i innych wydarzeniach w naszych górskich światach, a niedawno znalazłem coś takiego:

 

http://vimeo.com/13832580





Dodaj komentarz do tej strony:
Twoje imię:
Twój adres email:
Twoja strona:
Twoja wiadomość:

 
  Stronę odwiedziło już 33150 odwiedzających.  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=