Góry, szlaki - moja strona życia...
   
  Góry, szlaki - moja strona życia
  Kopniak od Baby
 

Codzienna pogoń za rzeczywistością i kierat, w jakim obracamy się w szarówie zwykłych dni to obraz wyjęty ze „zwykłego” tygodnia normalnego człowieka z miasta. Gąszcz piętrzących się obowiązków sprawił, że ostatnio jakoś rzadziej odwiedzamy góry nasze ukochane. Niezbyt udany urlop nie zaspokoił potrzeby stanięcia na prawdziwym szczycie, popatrzenia w otwartą przestrzeń pastwisk na zboczach, czy chociaż powędrowania szlakową ścieżką. Kiedy więc przyszedł taki czas, że dzieci u babci i dwa wolne dni, natychmiast pozbieraliśmy nasze plecaki i zapragnęliśmy znów stanąć gdzieś przed schroniskiem. Nic to, że kilka ostatnich nocy zarwaliśmy z powodu gonitwy to za zakupami „jakimiś”, to znów aby zobaczyć się z dawno nie widzianą rodziną, albo co gorsza z powodu małej imprezy integracyjnej. Wreszcie piątkowy wieczór pozwolił spakować plecaki. Ostatnie zakupy i zostało tylko wybrać miejsce pobytu. Było trochę późno kiedy Asia wystrzeliła:  Może na Babią Górę?




Nie dzwoniłem nawet do schroniska. Jest nowe, duże, nie powinno być kłopotu z noclegiem w łóżku. Zresztą nie mamy karimat. Natychmiast rozwinąłem mapę i nakreśliłem wzrokiem pętle naszej wycieczki. W plecaki wpakowaliśmy prowiant, ubrania, wodę. No... trochę to waży. Północ minęła nam jeszcze gdzieś pomiędzy mapą, a łazienką.
Nawet jakoś zajechaliśmy mimo drobnego poślizgu czasowego. Straciliśmy jeszcze trochę czasu na szukaniu miejsca parkingowego dla naszej Skody, ale w końcu ruszyliśmy za czarnymi znakami przez Podryzowane w kierunku największej góry w okolicy. Nieprzyjemny asfalt zmienił się najpierw w polną ścieżkę, a później w leśny dukt. Ładne widoczki na Policzne już się schowały gdzieś za drzewami Parku Narodowego. Ten grzbiet posiadał tylko jedną ścieżkę. Tę naszą. Wkrótce wyprzedziliśmy trójkę osób idących z kijkami. Dwoje młodych i ojciec jednego z nich. Starszy pan zagadnął coś o śliskości po nocnym deszczu. Widać, nie było mu lekko nadążyć za młodymi. Dotarliśmy do rozstaju szlaków. Pusto i cicho to było tu zaledwie przez kilka chwil. Prawie natychmiast pojawił się samotny wędrowiec od strony Zawoi Policzne. W dość komiczny sposób robił sobie fotki ze szlakowskazem w tle. Wkrótce pojawili się i młodzi na kijach, a za nimi przewinęło się jeszcze kilka osób. Kiedy wszyscy oni znikli gdzieś za drzewami, ruszyliśmy i my. Pół godziny później „zdychając” na kamiennych stopniach dogoniliśmy samotnego turystę. Chłodząc twarz w zimnym strumieniu nabieraliśmy sił przed ostatnimi dwustu metrami do schroniska.


Wreszcie koło południa stanęliśmy na Markowych Szczawinach. Ilość ludzi jaką tu zastaliśmy przeszła moje oczekiwania. No i masz! Znów troszkę za późno. Oni wszyscy zapewne też chcą wejść na szczyt. Tylko nieliczni już wracali. Późnawe drugie śniadanie zjedliśmy obserwując przeróżne ludzkie sytuacje. Wszystkie miejsca nadające się do siedzenia były zajęte. Niektórzy wystawiali twarze do słońca, inni schowani w cieniu drzew dyskutowali ze sobą o bardzo ważnych dla siebie sprawach, a jeszcze inni po prostu cicho siedzieli obserwując zamieszanie na polanie. Ze schroniska przyniosłem puszkę napoju i nienajlepszą wiadomość: wolnych łóżek już brak. Dziś tylko „gleba”. Na to nie byliśmy przygotowani. Postanowiliśmy jednak nie rezygnować.
Plecaki przepakowaliśmy w holu i ten większy zostawiliśmy w recepcji. Po powrocie mieliśmy zdecydować co dalej. Lipcowe dni są jeszcze dość długie, więc starczy czasu na ewentualne zejście do Zawoi przed zmrokiem. Kilka osób wyprzedziliśmy już na wejściu na Perć Akademików. Potem byli następni. Ktoś schodził w dół mimo, że szlak ten jest przecież jednokierunkowy. Niestety ani nie był to pierwszy, ani ostatni nie znający tego zalecenia. Ktoś się wyraźnie zdenerwował koniecznością ciągłego zatrzymywania się z powodu schodzących „pod prąd”. Na zwróconą uwagę kolejnej już osobie, ta stwierdziła, że nigdzie nie słyszała o jednokierunkowych szlakach, a na jej mapie „nic na ten temat nie pisze”. Zbulwersowanie dało się wyczuć u większości wchodzących na górę będących świadkami tej wypowiedzi. Jeszcze przed łańcuchami minęła nas młoda dziewczyna idąca zupełnie „na lekko”. Pozdrowiła nas już chyba trzeci raz w ogóle nie kojarząc faktu, że wyprzedza te same osoby po kilka razy. Co jakiś czas zatrzymywała się czekając na swoich znajomych wyraźnie nie zaprawionych w górskiej wędrówce.
Słońce prażyło już niemiłosiernie. Powyżej klamer na Perci Akademików próżno szukać cienia. Tylko kamienie i skały. Wszelką roślinność zostawiliśmy właśnie poniżej poziomu naszych stóp. Starszy pan idący z dorosłą córką zatrzymał się również w tym miejscu co my. Wyprzedziliśmy go wiele metrów niżej, jeszcze przed klamrami. Córka jest już na szczycie i czeka – dowiedzieliśmy się. Ucięliśmy sobie miłą pogawędkę, po czym każdy poszedł tą samą, ale jednak swoją drogą. Kilkanaście minut odpoczynku dobrze nam zrobiło.


Już z daleka, przed szczytem widać było sporą grupę turystów. Nic dziwnego. Przecież są wakacje, sobota i niezła pogoda, a schronisko pełne. Mimo to znaleźliśmy miejsce z widokiem na południe, osłonięte od wiatru i ludzkich oczu tuż pod szczytem. Gdzieś daleko słabo widoczne Tatry przywoływały wspomnienia z ostatniej wizyty na Czerwonych Wierchach. Ze wszystkich stron, na Babią wchodzili ludzie. Siedzieliśmy tak, gdy zacząłem odczuwać dziwny ból głowy. Wcześniej, jeszcze przed szczytem wydawało mi się, że zatkały mi się uszy czy nawet zatoki, ale nie zwróciłem na to szczególnej uwagi. Zaczęliśmy schodzić przez Bronę w kierunku schroniska. Na początku nie było źle, ale gdzieś w połowie drogi do przełęczy czułem jak odchodzą mi siły. Czyżbym przeszarżował z marszem? Przecież nieraz już szliśmy dłuższe trasy, czasem po osiem, dziesięć godzin. Tymczasem nasze tempo stawało się co raz wolniejsze, ale mimo wszystko ciągle schodziliśmy. Musiałem wyglądać marnie, bo prawie ciągnąłem nogi po ziemi, ale się tym nie przejmowałem. Łeb mi pękał i tyle. Na przełęczy po prostu położyłem się na trawie tak jak lubię. Leżałem kilkanaście minut. Chyba nawet się zdrzemnąłem. Zjedliśmy resztę naszego prowiantu i od razu poczułem się lepiej. Poszliśmy po chwili.
W schronisku nie zwolniło się żadne łóżko. Trzeba było coś postanowić. Odpoczniemy i zejdziemy do wsi poszukać noclegu. Zamówiliśmy więc późny już obiad. Znów przepakowaliśmy plecaki rozkładając ciężar pomiędzy siebie.
Jeszcze długo siedzieliśmy przed schroniskiem, bo nadal czułem się parszywie. Teraz już znacznie lepiej niż na zejściu, ale nadal marnie. Długi lipcowy dzień pozwolił na dość późne zejście do wsi. Jednak trochę za późne. Nasze tempo było mizerne. Już na samym początku musiałem chwilę odpocząć. Głowa nadal mnie bolała niemiłosiernie. Właściwie przestała boleć dopiero kiedy zeszliśmy wreszcie poniżej tysiąca metrów. W maleńkiej drewnianej wiacie turystycznej przysiedliśmy znów. Gdyby w tym miejscu zaskoczyła nas burza, czy całkowita noc, to nawet nadawałoby się to miejsce na awaryjny nocleg. Na szczęście nie musieliśmy rozważać takiej możliwości. Dziś chcieliśmy zejść do wsi i poszukać noclegu. Czasu było dość.
Wciśniętą w wąski rów ścieżką staraliśmy się powoli dotrzeć na parking, gdzie zostawiliśmy samochód. Już nie odpoczywaliśmy. Zostało nam może dwa kilometry. Nagle potknąłem się i noga, którą miesiąc temu skręciłem, przestała trzymać się ścieżki. Cudem uniknąłem upadku, starając się odciążyć stopę. Głośno syknąłem z bólu. Dłuższą chwilę próbowałem rozchodzić nogę. Chyba nie było tak źle, bo jakoś dawałem radę iść. Teraz już zupełnie powoli dotarliśmy do miejsca, gdzie początek brała ścieżka dydaktyczna Parku Babiej Góry. Ustawione w tym miejscu ławeczki pozwoliły wygodniej usiąść i sprawdzić co z nogą. Lekko opuchnięta kostka nie pozostawiała wątpliwości na dalszy przebieg wycieczki.
O noclegu w Zawoi nie było mowy. Następnego dnia i tak trzeba by wracać do domu. Kilkanaście minut później przekroczyliśmy mostek na Szumiącej Wodzie. Tej samej, co swój początek bierze gdzieś pod Percią Akademików. Sprawdziłem mapę dla pewności i szutrową drogą ruszyliśmy już bez szlaku w kierunku Zawoi. Na prostym odcinku noga nawet nie bolała, ale i tak stawiałem kroki dość niepewnie. Przez osadę Rybna wyszliśmy wreszcie wprost na parking. Przebraliśmy się w świeże ubrania pozostawione w bagażniku i jeszcze przed zmrokiem ruszyliśmy do domu.
Przez Suchą Beskidzką i Oświęcim jakoś przelecieliśmy. Mały postój w okolicy Tychów wykorzystaliśmy na zjedzenie kolacji. Przed północą leżałem już w łóżku. Zasnąłem prawie natychmiast. Właściwie to kostka zaczęła naprawdę boleć dopiero w nocy. I pomyśleć, że do szczęścia zabrakło tylko zwykłego telefonu do schroniska przed wyjazdem, albo najzwyklejszej karimaty pod grzbiet na podłogowy nocleg.








Dodaj komentarz do tej strony:
Twoje imię:
Twój adres email:
Twoja strona:
Twoja wiadomość:

 
  Stronę odwiedziło już 33150 odwiedzających.  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=