Góry, szlaki - moja strona życia...
   
  Góry, szlaki - moja strona życia
  Korrida z kijami
 

 
 

No i nie wytrzymałem. Wziąłem kije, buty na nogi i przed siebie. Dwa tygodnie wcześniej skręciłem nogę w stawie skokowym i brakowało mi trochę tego marszu z kijami. Zwykle chodzę jakieś sześć kilometrów wokół stadionu sportowego. Tym razem, będąc na urlopie wybrałem się na przechadzkę po nie znakowanych ścieżkach Kotliny Kłodzkiej.



Z asfaltu zeszłem pierwszą ścieżką prowadzącą w szczere pole. Tak szczere, że już po kilkudziesięciu metrach trudno było przekładać kije do przodu. Ścieżka, a właściwie polna droga chociaż miała wyraźne dwa ślady toczonych tu kiedyś kół, była zarośnięta wysoką do pasa trawą i chwastami. Wdrapując się na kulminację niewielkiego wzniesienia rozważałem jeszcze możliwość zmiany trasy z odwrotem włącznie. Po mojej lewej miałem jakieś chaszcze nie do przebycia, a z prawej pojawiło się ogrodzone żerdziami pastwisko. Przystanąłem na kilka chwil żeby rozejrzeć się po okolicy. Stare drągi płotu nie budziły zaufania, kiedy się na nie wdrapywałem, ale biorąc pod uwagę moją własną wagę uznałem, że powinny wytrzymać. Na południu widać było piękną tęczę – pozostałość po niewielkim deszczu z przed godziny. Za dolinką, do której prowadziła droga widać było wielkie łąki, a dalej las. Za nim już tylko Wielkie Urwisko Batorowskie. Z pomiędzy wysokich świerków porastających to urwisko gdzieniegdzie jaśniały oświetlone popołudniowym słońcem gołe skały.

 

Droga, którą tu dotarłem zaczynała od tego miejsca opadać razem ze zboczem. Zarośla jednak nie pozwalały na swobodny marsz po niej, więc przeskoczyłem przez chwiejący się płot i wydeptaną przez bydło ściezką schodziłem zważając, aby nie wdepnąć w to, co krowy zostawiły tu po sobie. Średnio mi to wychodziło, bo śliska po deszczu ziemia słabo trzymała buty. Zanim dotarłem do dna wąwozu miałem już trochę tych krowich specjałów na podeszwach. Tu jednak nie koniec. W tym właśnie miejscu bydło swobodnie przekraczało strumyk w bród. To co dla krowy, czy byczka ze wsi jest fraszką, dla przeciętnego człowieka z miasta bywa prawdziwym wyzwaniem. Rozdeptana glina nie pozwalała na jakietakie przejście na drugą stronę. Trzeba było przedrzeć się kilkadziesiąt metrów przez wysokie po pas łopiany, żeby znaleźć lepsze miejsce na przeprawę. Po drugiej stronie brzegu marsz okazał się rewelacyjny. Szło się naprawdę dobrze. Ostre pociągnięcia kijami i z każdym krokiem byłem dalej i wyżej. Ścieżka zaczynała jednak powoli zanikać wśród traw. Na horyzoncie las, a przed nim wielkie zdziczałe trochę pastwisko. Gdzieś w dali pasły się krowy. Na chwilkę tylko się zatrzymałem, żeby rozejrzeć się po okolicy. Do lasu miałem w linii prostej ponad kilometr. Ruszłem żwawo obierając kierunek prawie równoległy do jakiegoś zarośniętego rowu. Gdzieś po kilkudziesięciu metrach po ścieżce zostało już tylko wspomnienie. Zacząłem coraz bardziej kluczyć pomiędzy kępami dość wysokich traw tak, aby nie wejść w mokry teren. Im bliżej lasu, tym trawy stawały się wyższe i bardziej „kępiaste”. Nie było łatwo wybierać miejca na postawienie kolejnych kroków z jednoczesnym przekładaniem kijów w tempie jakie miałem do tej pory, więc zwolniłem. Nagle zorientowałem się, że pasące się stado przygląda mi się bacznie. Jeden osobnik wyraźnie nie był zbyt gościnnie usposobiony, bo dość żwawo ruszył w moją stronę. Nie usłyszałem łańcucha. Zresztą po co wiązać bydło, kiedy cały teren jest ogrodzony. Nie było rady. Albo szybka ucieczka, albo skok przez rów, albo... nie, nie uciekałem – tak sobie wmawiam do dziś, ale jednak przyspieszyłem. Jak to bydlę się uprze to i tak mnie dogoni. A jak nie uskoczę? Obserwowałem go kątem oka. Chyba się już nie zbliżał, ale tak na wszelki wypadek skręciłem w kierunku rowu. Kiedy do niego dotarłem obróciłem się. Na szczęście byczek (tak, to na pewno był osobnik rodzaju męskiego, i to bardzo) zrezygnował z pościgu kiedy tylko zacząłem się oddalać. Może po prostu był zazdrosny o swoje... krowy?

Mogłem znów spokojnie, choć z niemałym trudem przedzierać się przez trawy, które sięgały już uchwytów moich kijów. Przypomniały mi się książki Zygmunta Skibickiego, w których opisywał swoje wędrówki przez bieszczadzkie połoniny. Teraz to ja  zapadałem się pomiędzy kępami wielkich traw. Noga raz stawała na wierzchołku takiej kępy, a raz wpadała kilkanaście centymetrów  sięgając dna pastwiska. Tylko dzięki kijom uniknąłem kilka razy upadku. Ponieważ do granicy lasu brakowało mi w linii prostej mniej niż pól kilometra, postanowiłem już teraz wybrać miejsce, gdzie do niego dotrę. Nie było to trudne, bo w zasięgu wzroku wśród monotonnej linii lasu wyróżniała się ambona obserwacyjna. Tam postanowiłem „wylądować”. Lekko skorygowałem więc kierunek marszu i naprzód. Zaraz potem nabrałem tempa jak na te warunki całkiem sportowego. Nagle kilka metrów z lewej coś uniosło się i błyskawicznymi susami pognało w kierunku lasu przez trawy. To sarna zerwała się przestraszona. Nie spodziewała się pewnie intruza w tym miejscu. Patrzyłem jak unosi się z lekkością pośród dzikich kłosów. Po kilku chwilach znikła gdzieś pośród sosen oddając ostatni sus wysoko ponad ogrodzeniem. Ruszyłem swoją drogą w kierunku płotu zrobionego z takich samych drągów jak przed przeprawą przez strumyk. Przez kilka chwil szło się całkiem przyjemnie. Powoli zbliżałem się do wieży obserwacyjnej, kiedy nagle poczułem gorący ból w kostce i wylądowałem w trawie. Źle postawiona noga straciła stateczność. Na moje nieszczęście to ta sama noga co kilkanaście dni temu. Takiej gleby od tamtego czasu nie zaliczyłem. Wstałem i zrobiłem kilka ostrożnych kroków. Coś jednak w nodze gruchnęło. Ból prawej kończyny był nie do zniesienia. Teraz kije pomagały mi w ogóle utrzymać pion. Jakoś dotarłem do skraju lasu. Jak okiem sięgnąć płot. Z tym jednak jakoś sobie poradziłem. Przez kilka kolejnych minut zastanawiałem się co dalej. Zacząłem żałować, że poszedłem przez tę łąkę i że w ogóle poszedłem. Znalazłem znaki niebieskiego szlaku. Ten szlak wyprowadzi mnie na drogę do pensjonatu. Tyle, że potem jeszcze dwa kilometry asfaltem będę musiał drałować. Te dwa kilometry nie były problemem nawet z bolącą nogą. Najpierw jednak trzeba było do tej drogi dojść.

Chyba jednak nie było tak źle, bo zacząłem pewniej stawiać kroki. Niestety na jakikolwiek skrót czy powrót tą samą drogą nie miałem szans. W linii prostej do pensjonatu mogłem mieć jakieś trzy kilometry, nierówne pastwisko i przeprawę przez strumyk. Wolałem teraz trzymać się szlakowej ścieżki. Droga była na szczęście w całkiem dobrym stanie. Szlak biegł brzegiem lasu i chyba był jednocześnie drogą dojazdową do postawionych niedaleko paśników i beczek z wodą dla krów i koni. Z nogą było już całkiem dobrze. Pewnie jutro będzie gorzej. Uważnie stawiając stopy nabierałem prędkości. Oczywiście już nie takiej jak przed upadkiem, ale przynajmniej nie kuśtykałem. Minąłem kilka pasących się koni i małą polankę. Pastwisko się skończyło i wszedłem w las. Już prawie zapomniałem o nodze kiedy nagle przez drogę przebiegł zając. Nie widziałem jak wypada z krzaków. Dopiero gdy znalazł się tuż przede  mną, stanąłem odprowadzając go wzrokiem do lasu. Szarak stanął jeszcze na chwilę, odwrócił się i popatrzył na mnie. Sekundę później pokicał w swoją stronę. Ja... w swoją.

Wychodząc z lasu zobaczyłem piękną panoramkę Gór Bystrzyckich i Pogórza Lewińskiego.

W dole widać już zabudowania przy drodze. Odetchnąłem wreszcie.

 

Przechodząc przez wieś kilku mieszkańców przyglądało mi się. Nic dziwnego. Turysta z kijami od nart – pewnie sobie myśleli.  Wreszcie dotarłem do pokoju i mogłem się rozprężyć. Noga w kostce trochę spuchła. Kilka kolejnych dni nie obyło się bez maści, ale i tak nie żałuję tego przejścia z kijami. Wszak nieczęsto w mieście skacze się przez strumyk, ucieka przed byczkiem, ogląda czystą tęczę unoszącą się ponad zalesionymi wzniesieniami, goni sarnę czy zająca.






Dodaj komentarz do tej strony:
Twoje imię:
Twój adres email:
Twoja strona:
Twoja wiadomość:

 
  Stronę odwiedziło już 33150 odwiedzających.  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=