Góry, szlaki - moja strona życia...
   
  Góry, szlaki - moja strona życia
  Krawców
 



- Dzień Dobry
- Dzień Dobry, cześć! – odpowiadamy mijając schodzących właśnie z Krawcowego Wierchu kilku turystów. Poowijani w foliowe peleryny sprawiali wrażenie zupełnych żółtodziobów w temacie chodzenia po górach. Tak przynajmniej wydawało się, kiedy wyłonili się z gęstej chmury, która spowiła dziś od rana całe zbocze. Kiedy jednak mijaliśmy ich okazało się, że chociaż to jednodniowi wycieczkowicze, to jednak na pewno nie są laikami. Dobre buty, niezłe kurtki i pewność kroku na śliskim podłożu przemawiała za tym, żeby nie szufladkować ich z wszechobecną tzw „stonką”. Zresztą chyba tylko zapaleni miłośnicy gór i wariaci tacy jak my wychodzą w taką pogodę na szlak. Szarówa od samego rana. Dobrze, że przestało padać.

Stróżka potu ześlizguje się gdzieś po plecach. Spodziewałem się, że podejście tym szlakiem będzie wymagało sporo wysiłku. Zwłaszcza po tak długiej przerwie. Gęsta siatka linii wysokościowych na mapie świadczy o stromiźnie na szlaku. Skóra nie oddycha tak jak powinna. Sprawdzam ciśnienie. Wszystko w porządku. Robimy kilka minut odpoczynku bez ściągania plecaków. Powietrze przepełnione wilgotnymi kropelkami ogranicza widoczność do kilkunastu metrów. Przed nami jakieś pół kilometra prawie płasko i powinna być polana Krawców ze schroniskiem. Przed wyjazdem przeglądałem stronę internetową schroniska. Ciekaw jestem czy opinie o nim się potwierdzą. Asia opowiada o historii nazwy tej góry. Przyznaję się, że nie czytałem i słucham jej do końca. Kiedy tak opowiada, dochodzimy na skraj lasu do polany. Nic nie widać. Mleko.




Ścieżka przez wysoką trawę doprowadza nas bez problemu do samych drzwi schroniska. Obok rozbite są jakieś namioty. Krzątają się ludzie. Czyścimy buty i wchodzimy do środka.

W jadalni jest tylko jeden wolny stolik przy okienku barowym. Inne zajęte przez nocujących tu pewnie turystów. Jedni kończą przydługie śniadanie inni po prostu spędzają czas przy kubkach herbaty. No bo co robić w taką słotę. Zwłaszcza kiedy spędzona mokra noc w namiocie nie pozwala nawet wypocząć po całym dniu taszczenia plecaka. Rozmawiają o drodze, jaką przeszli wchodząc tu na Krawców Wierch. Pięć kilometrów od Soblówki. Żaden wynik – myślę sobie, ale mając na plecach ilość potrzebnych gratów to jednak te pięć kilometrów potrafi dać w kość.

W schroniskowej jadalni zwykle jest gwarno i trzeba się do tego przyzwyczaić. Tu jednak chociaż kilka osób rozmawia ze sobą – gwaru nie ma. Witamy się i zajmujemy miejsca przy wolnym stoliku. Herbata w dużym, grubym kubku zawsze lepiej smakuje w schronisku. Nawet jeśli czasem zaparzona jest z torebki podłego „siana”. Ta, serwowana tu jest całkiem „markowa” i z cytryną. Raz po raz z kuchennego okienka dobiegają odgłosy krzątających się osób z obsługi i zawiewa zapachami przygotowywanego właśnie obiadu. Na krokwi pod sufitem jadalni widnieją pamiątki po zlotach, pokazach filmów górskich, spotkaniach czy innych imprezach turystycznych. Belka biegnie przez całą salę i cała jest ustrojona takimi gadżetami. Na środku jadalni stoi kominek. Dziś nic się w nim nie pali, choć wg zapewnień obsługi zawsze można go rozpalić żeby upiec np. kiełbaskę. Okna jadalni choć nieduże, wpuszczają wystarczającą ilość światła nawet w taki dzień jak dziś. Za oknami wąski taras, niestety nieczynny od lat. Brak balustrady i przystawiona do tarasowych drzwi ławka nie pozwalają z niego korzystać. Szkoda, bo w pogodny dzień z tarasu widać pewnie Rycerzową i całe graniczne pasmo na zachód od schroniska. Na podłodze tuż obok kosza na śmieci dostrzegam teraz ze dwa tuziny puszek po piwie. Świadectwo niedawnej imprezy integracyjnej użytkowników schroniska. Nawet tabliczka nad tym miejscem mówi o tym, że tu należy składować puste puszki i butelki PET. Niespecjalnie to wygląda. Przydałby się pojemnik.

Zjadamy sporą część naszego prowiantu traktując ten posiłek jak „przedobiad”. Sprzątamy po sobie i zbieramy nasze klamoty. Nie pada i postanawiamy ruszać dalej. Pamiątkowe fotki przed schroniskiem i obieramy kierunek na Trzy Kopce. Chmury nie odpuszczają. My też. Szlak graniczny nie wydaje się trudny. Raz obserwujemy nasze polskie znaki, a raz słowackie. Tak na zmianę. Nie ma tu dwóch ścieżek i obydwa szlaki biegną razem. Mijamy kolejne granitowe słupki graniczne. Po kilkudziesięciu minutach docieramy do Hrubej Buczyny. Niezbyt trudny szczyt jest dziś połową naszej trasy. Tak naprawdę pierwszej dłuższej wycieczki w tym roku. Jakoś wcześniej nie dało się poukładać obowiązków, pogody i terminów, żeby wyruszyć na szlak. Deszczowy maj, upalny początek lipca, obowiązki, gonitwa w miejskiej dżungli. Teraz jednak pogoda dla nas była ostatnim problemem. Dobrze wyposażeni nie obawiamy się deszczu. Chociaż na parkingu na dole czekaliśmy jeszcze trzy kwadranse zanim deszcz zelżał. Było nam już wszystko jedno. Nasza choroba górska była silniejsza. Nawet perspektywa przemoczonych ubrań nie mogła powstrzymać nas przed chęcią wejścia na górski szlak. I nie ma tu mowy o zwykłym przeziębieniu czy gorączce. Ta choroba jest nieuleczalna. Można tylko złagodzić jej objawy. Jedynym lekarstwem są góry. Trzeba spędzić kilka godzin na szlaku i już. Nieważne są sprawy dnia codziennego. Poczekają. Trzeba solidnie zmęczyć się pod ciężarem plecaka, żeby zaspokoić pociąg do szumu potoku, wiatru na hali i górskich widoków. Gorzej jeśli po powrocie chce się więcej. Czeka się wtedy na kolejny wolny dzień i znów w góry. Do skutku.

Tak więc, ubrani w wielkie ciemnozielone peleryny zakrywające nas i nasze plecaki wyglądaliśmy jak dwa wielbłądy tyle, że na dwóch nogach. Pewna gaździna, tam na dole w Złatnej, widząc nas z daleka idących w jej kierunku, sprawiała wrażenie zaniepokojonej starając odgadnąć co to za stwory idą drogą. Kiedy byliśmy zupełnie już blisko zobaczyłem jej mocno pomarszczone czoło i niepewność w oczach. Pozdrowiłem ją więc i natychmiast jej twarz rozpromieniła się uśmiechem. Odpowiadając na moje pozdrowienie i oglądając nas z bliska stwierdziła, że dobrze jesteśmy ubrani na taka pogodę.

Od wyjścia ze schroniska nikogo jednak nie spotkaliśmy. Na szlaku kilka wyraźnych śladów butów, ale ani za nami ani z przodu nikogo nie widać.

Przy szlaku pojawiły się jagody. Jeszcze nie są słodkie, bo niewiele w ciągu dnia tu słońca, ale i tak zatrzymujemy się co chwila i pochłaniamy leśne owoce garściami.

Powoli tracimy wysokość. W końcu dochodzimy do Przełęczy Bory Orawskie, gdzie musimy zejść ze szlaku i znaleźć czarne znaki do Złatnej. Dno doliny rzeki Bystrej tu właśnie się kończy. Z trzech stron otaczają nas zalesione zbocza gór. Musimy jeszcze przeprawić się przez strumyk.. Robimy to w dwa susy bez większych trudności. Za strumykiem postanawiamy odpocząć, bo od kilkudziesięciu minut maszerujemy bez przerwy. Woda szumi spadając z kilkudziesięciu metrów gdzieś prosto z lasu. Siedzimy tak z kwadrans zanim ruszymy dalej. Kilkadziesiąt metrów dalej odnajdujemy czarny szlak biegnący ze Złatnej na Rysiankę. Wygodną choć kamienistą drogą schodzimy w kierunku wsi. Przy drodze umieszczono stacje drogi krzyżowej. Za mostem wchodzimy na asfalt. Z tego miejsca do samochodu zostało trzy i pół kilometra. Mijamy prywatne schronisko „Gawra”. Im bliżej centrum tym więcej ludzi spaceruje  drogą po wsi. Nawet słonko nieśmiało zaczęło przygrzewać.

Na kamienistym parkingu postanawiamy przebrać się i zjeść resztę naszego prowiantu. Na wielkim bloku skalnym organizujemy sobie skalny stół. Późnym popołudniem docieramy do domu. Mimo braku pogody przez większość trasy zaliczam ten wypad do udanych. Tylko jakoś „gór mi mało... trzeba więcej”.

 
  Stronę odwiedziło już 33150 odwiedzających.  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=