Góry, szlaki - moja strona życia...
   
  Góry, szlaki - moja strona życia
  Mokre ścieżki na Baraniej
 
 


 
Na Baranią wchodzę trzeci raz. Tym razem jednak z zupełnie innej strony. I choć byłem tam już dwa razy to chciałem tam znów wleźć i już...
Samochód zostawiliśmy w Wiśle Czarnym, na parkingu dozorowanym - jak zapewniał gość z obsługi - do ostatniego klienta. Początek szlaku, trochę monotonny, przebiegał drogą asfaltową wzdłuż rzeki dnem dolinki. Trochę przypominało mi to drogę do Szklarskiej Poręby tyle, że tam wszystko jest kilka razy większe. Na kamieniach wystających z rwącej wody czasem przysiadał jakiś kolorowy ptaszek przypatrując się nam. Stromizna na drugim brzegu odkrywała ciekawe formy skalne, zapewne wyżłobione przez wodę dawno temu. Dzikość tego miejsca psuły prowizoryczne szałasy gdzie zimą organizuje się ogniska dla biesiadników biorących udział w kuligach i asfalt pod nogami. Wreszcie dotarliśmy do miejsca gdzie szlak skręca w prawo i zostawia smołową nawierzchnię. Tu trzeba było założyć na nogi ochraniacze. Błoto na szlaku nie dziwi jeśli przez kilka ostatnich dni padało. Trzeba bardzo uważać, aby nie zjechać razem z tym błotkiem do rzeki, zwłaszcza kiedy jedyna dostępna droga prowadzi skrajem rozpadliny, a w dole dwa metry niżej szumi potok. Po kilkuset metrach ukazuje nam się pierwszy z progów Kaskad Rodła. Symbol tej okolicy jest wyraźnie rozpoznawalny w wielu miejscach Żywiecczyzny. Przystanęliśmy na chwilę, żeby dobrze zapamiętać to urokliwe miejsce. Od tego momentu szlak nieco się oddalał od koryta rzeki. Czasem wchodził na jakieś wzniesienie, a czasem po prostu odbijał nieco, żeby po chwili wrócić. Główne koryto już dawno zmieniło się w niewielkie strumyki, a szlak teraz wił pomiędzy tymi strumykami, nie mogąc zdecydować którędy iść. Wreszcie jednak wyraźnie obiera kierunek wznosząc się ku górze. Tu postanowiliśmy nieco odpocząć. Poranna kawa na powalonym pniaku przy dość rześkim powietrzu miała - choć z termosu - niepowtarzalny smak. Spotkaliśmy tu pewne małżeństwo, które zabrało zbyt zmrożoną wodę w butelce. My wodę też mamy, ale nigdy jej nie mrożę przed włożeniem do plecaka. Wystarczy schłodzona w lodówce. Tak to już jest, że aby gdzieś dojść trzeba iść. Kilka skoków przez strumyk, siup przez jakieś drzewo - taki szlak odpowiada nam jak najbardziej. Dotarliśmy do skraju rezerwatu Baraniej Góry. Mówiła o tym wielka tablica informacyjna. Deptaliśmy w górę wąską ścieżką. Ostry zakręt w lewo. Szeroki trawers zbocza prawie nie dało się zauważyć. Ot zakręt i długa prosta do następnego. Nagle z pomiędzy drzew zaczął napływać jakiś obłok. No to ma się to szczęście do pogody. Zdaje się, że wieża widokowa na szczycie na nic się dziś przyda. Oby tylko nie trzeba było uciekać ze szczytu jak kilkanaście lat temu... ale to inna historia.
 


Miałem dwadzieścia kilka lat i straszną ochotę na zdobywanie wszystkiego co wznosi się na kilkaset chociaż metrów. Perspektywa weekendu w Węgierskiej Górce cieszyła mnie niesamowicie. To zresztą nasz pierwszy wspólny wypad na więcej niż jeden dzień w góry. Nie obawialiśmy się niczego. Wszystko zdawało się być proste. Może wtedy takie właśnie było...
Maluszek ze stajni Fiata dzielnie się zawsze w górach spisywał i tak też było tym razem. Rankiem dojechaliśmy do Węgierskiej. Znalezienie noclegu wtedy nie sprawiało żadnych trudności. Ładny pensjonat z miłą gaździną wypatrzyliśmy z tablicy reklamowej przy głównej drodze. Nieco za centrum, schowany jakby w drugim rzędzie, wydawał nam się dość atrakcyjny. I był, tylko automatyczny przejazd kolejowy robił więcej hałasu swoim dzwonkiem niż niejeden przejeżdżający pociąg. Na szczęście te nie były tu ani zbyt szybkie, ani zbyt częsteJak tylko się rozpakowaliśmy, ruszyliśmy na szlak. Kierunek Barania Góra. Trzy lata wcześniej tę samą drogę z przyjacielem pokonaliśmy w niecałe siedem godzin. Spora to pętla. Teraz dla uniknięcia monotonii postanowiłem pójść w odwrotnym kierunku. Nie wiedziałem tylko, że ta opcja jest o całą godzinę dłuższa. Nie miałem mapy czasowej. Tylko ta sfatygowana nieco i owinięta w worek foliowy niezbyt dokładna, ale jedyna, z żółtą okładką i tańczącą parą górali - musiała wystarczyć. Pamiętam, że droga na początku nie sprawiała żadnych trudności. Było natomiast potwornie upalnie albo raczej parno.Dotarliśmy zielonym szlakiem do małego strumyka gdzie można było skutecznie schłodzić twarz. Kilka minut potem w osadzie Fajkówka zmiana szlaku na czarny. Koniec żartów. Trzeba było zmusić organizm do wytężonej pracy. Prawie dwugodzinne podejście nieźle nas musiało doświadczyć. Słońce gdzieś zniknęło, ale nie zwróciło to mojej uwagi jakoś szczególnie. Kiedy zobaczyłem szeroką leśną przesiekę z kolorowymi znakami szlaków i szlakowskazami, wiedziałem, że do szczytu już tylko kilka minut. Potem tylko z górki. Jakże się myliłem...
Przesieką można było dojść do schroniska w niecałe trzydzieści minut. Powrót to godzina drogi do szczytu, ale nie chcieliśmy tracić czasu, więc pognaliśmy w kierunku ukazującej się właśnie stalowej wieży kratowej na szczycie. Tempo marszu podyktowaliśmy sobie teraz wyjątkowe. Nie było na co czekać, bo zza góry, od strony Wisły nadciągnęły czarne groźne chmury. Pierwszy raz grzmotnęło kiedy byliśmy na szczycie. Zrobiłem jeszcze ostatnią tego dnia fotkę moją Smieną.
Ani mi się śniło podchodzić nawet do wieży. Wiedziałem czym to pachnie i poganiając moją partnerkę, truchtem zaczęliśmy uciekać w kierunku Magurki Wiślanej. Dlaczego nie do schroniska? Nie wiem. Może dlatego, że jeszcze nie padało...

Wreszcie szczyt! Wieża stoi dumnie tak jak jedenaście lat temu i nawet jest odremontowana. Kilka oddechów dla wyrównania tętna i siadamy sobie tuż pod wieżą. Małe conieco postawi nas na nogi przed dalszą wędrówką. Jak na taką aurę to całkiem sporo dziś tu ludzi. Ktoś przegląda starą jak świat mapę Beskidu Śląskiego i Żywieckiego, taką żółtą jak moja stara poklejona czarną taśmą izolacyjną po stronie opisowej. Kiedyś inne były trudno dostępne. Kupowało się co było. Z jej pomocą planowałem każdy wypad w góry. Ja nie odpuszczam. Włażę na wieże. Ażurowe schody stalowej konstrukcji budzą mały respekt zwłaszcza przed dojściem na samą górę. Barierka pewna. Można zaufać konstrukcji. Opieram więc aparat i próbuję coś chwycić w kadr. Niestety niewiele z tego wychodzi. Asia siedzi twardo na dole, ale po chwili daje się namówić na pokonanie samej siebie i ostrożnie wchodzi. Do samej barierki nie podchodzi - siada na ławeczce. Są tu takie miejsca do siedzenia. Ja patrzę długo jeszcze w mgliste obłoki w nadziei na jakieś obrazki. Na wprost wieży w kierunku południowo-wschodnim ciągnie się taka długa leśna przesieka aż do schroniska „Przysłop". Kiedyś tą właśnie przesieką przybyliśmy na szczyt i tędy też innym razem odchodziliśmy, ale nigdy do schroniska nie doszliśmy. Kilkaset metrów poniżej kończy swój bieg czarny szlak - najkrótsze zejście do Kamesznicy. To tam wiodła nas wtedy przygoda. Wieje nieprzeciętnie więc schodzimy na dół. Gdzieś daleko zagrzmiało, ale to po zawietrznej stronie. Chyba, że wiatr się obróci. Dziś już się nie obrócił. Deszcz przyszedł znienacka z całkiem nowej chmury jakieś dwie godziny później. Ale zanim to nastąpiło my przeszliśmy spory kawał drogi, więc obawy nasze przed ponowną ewakuacją ze samego szczytu się nie potwierdziły. Opuszczając szczyt czerwonym i zielonym szlakiem próbowałem sobie przypomnieć tamten dzień w burzy. Żaden jednak widok mi tego nie ułatwiał. Po prostu nic mi nie pasowało. Ale nic dziwnego: wykarczowana okolica wyglądała na pewno zupełnie inaczej niż wtedy.

 
Pierwsze krople deszczu pojawiły się kilka chwil później. Przewiązane dotychczas wiatrówki szybko ubraliśmy na nasze grzbiety. Nie pamiętam dobrze, ale w jakimś kompletnie cieknącym szałasie zjedliśmy jeszcze po kanapce. Grzmiało już niemiłosiernie i lało jak z cebra. Pochowałem wszystkie cenne rzeczy, które mogłyby zmoknąć do woreczka po jedzeniu i do torby.
Kilka metrów dalej spotkaliśmy innych turystów. Jak oni się wtedy od nas różnili...
Porządne górskie buty i kaptury peleryn na pewno dawały im szanse na nieprzemakalność. Mapnik i jakaś inna niż moja mapa w środku przypięte do dużych plecaków. To było coś... Szli spokojnie jakby wcale nie padało.
Nasze buty: a'la wczesny adidas Asi i moje jeszcze gorsze, bo zamszowe podróby Vansów właśnie zaczęły przemakać. Lekkie wiatrówki w połączeniu z ciężkimi swetrami zaczęły nam wręcz przeszkadzać. Po kilkuset metrach woda była nawet w kieszeniach kurtek. Getry Asi na pewno w tej sytuacji były wygodniejsze niż moje ciężkie od wody dżinsy. Ale nic. Twardy byłem może bardziej niż teraz.
Grzmiało i lało cały czas. Nie wiem kiedy minęliśmy Glinne. Ciągły bieg w deszczu wykończył nas potwornie. Dopiero w połowie drogi w dół przestało padać. Z mojej towarzyszki opadł strach i pojawiło się zmęczenie. Co raz częściej powtarzała, że już nie może iść. Próbowałem dodawać jej jakoś siły słowami, ale fizjologii ludzkiej się nie oszuka. Nie na tak długi wysiłek. Nie mam pojęcia skąd miałem jeszcze siły, żeby ją... dźwigać na plecach! Trwało to trochę. Dopiero kiedy wyszło ponownie słońce każde z nas szło już o własnych siłach.

Widziałem już wcześniej biegaczy w górach. Ta trójka jednak przykuła naszą uwagę szczególnie. Oczywiście podziwiam takich, co w pocie czoła przemierzają trudny teren górski, poddając potwornemu testowi swój organizm. Ci jednak wyglądali tyleż komicznie co groteskowo: najpierw przemknął obok nas koleś bez koszulki, mokry jak szczur. Następnie nieco tylko przyspieszonym krokiem przeszła para zajęta wyraźnie rozmową. Malutki plecaczek mieszczący najwyżej cztery kanapki i pół! litra wody w ręce dziewczyny. To cały ich ekwipunek. Swoją drogą buty do biegania, w jakie byli wyposażeni chyba dosyć wyraźnie dają odczuć stopom każdą nierówność podłoża na szlaku. Ledwo nas minęli, a w zaroślach tuż przy ścieżce ktoś najwyraźniej zrezygnował z całkiem przyzwoitych butów. Po prostu stały sobie ułożone razem. Nawet sobie zażartowałem, że to może któregoś z nich. W górze na tle nieba dostrzegłem jakiegoś drapieżnika. Krążył tak sobie nad Rezerwatem zapewne wypatrując potencjalnego obiadu. Niestety skromne możliwości mojego sprzętu fotograficznego nie pozwalały mi go dobrze ściągnąć na matrycę i bliższa identyfikacja była nie możliwa. Może to Jastrząb Gołębiarz albo Myszołów. Dalej skrajem lasu lekko unosząc droga zaprowadziła nas pod szczyt Magurki Wiślanej. Tu szlaki się rozchodzą. Dziwne, ale nie pamiętam tego miejsca mimo, że wygląda dość charakterystycznie. Ładny widok na dolinę, w dole Cisiec , a na horyzoncie masyw Boraczego, Lipowskiej, Rysianki i Romanki. Trochę niewyraźnie, ale jednak nie najgorzej widoczne szczyty zasłaniały jeszcze jeden za nimi: Pilsko. Zejście z Magurki również ujmuje swoim widokiem. Szlak zdawać by się mogło specjalnie ułożony z bloków piaskowca biało-żółtego jak słońce jest naprawdę jednym z piękniejszych odcinków w całym Beskidzie. Z tej drogi można podziwiać szczyt Skrzycznego. Schodząc z zielonego szlaku na żółty w kierunku Cieńkowa mieliśmy jeszcze niezłą pogodę. Pomyśleliśmy o naszych kanapkach i postanowiliśmy gdzieś przycupnąć. W miejscu gdzie drogi rozchodzą się w cztery strony świata przysiedliśmy na pociętych przez drwali pieńkach. Kończąc już popas niewiadomo skąd nadeszła ciemna chmura, a z nią deszcz. Nie było na co czekać, więc włożyliśmy kurtki. Początkowo niewielki deszczyk przerodził się w siąpawicę wchodzącą w każdy zakamarek naszego ubrania. Trza było depnąć w podłoże i jakoś dokończyć naszą drogę. Długie zejście z Cieńkowa Wyżnego poprowadzone było lekko opadającym grzbietem. Kiedy na chwilę przestało padać dotarliśmy właśnie do miejsca gdzie pasły się krasule ogrodzone elektrycznym pastuchem i przywiązane łańcuchem. Tu też rozchodziła się droga. Szkopuł w tym, że żadna z odnóg nie była oznakowana przez najbliższe kilkaset metrów. Postanowiliśmy się rozejść. Asia sądząc, że droga w dół powinna być tą dobrą poszła w prawo. Ja jednak poszedłbym w lewo ponieważ to tam zostawiliśmy nasze auto. Nie myliłem się. Nie wyraźny znak szlakowy chociaż daleko ale jednak się pojawił. Próbowałem wrócić na skróty do drogi, w którą poszła Asia. Po przeskoczeniu łąki okazało się jednak, że zejście nie będzie możliwe. Kolce jeżyn już gdzieś napotkałem i pamiętam, jak potrafią dokuczyć. Wróciłem na rozstaj po wysokiej, mokrej trawie. Ochraniacze pomogły utrzymać suchy stan nogawek w ich dolnej części ale wszystko powyżej miałem mokre. Asi nie było. Pokonałem kilkaset metrów zanim się spotkaliśmy. Kiedy wróciliśmy trzeci raz na rozstaj, pasąca się krasula ruszyła dość zdecydowanie w naszym kierunku. Teraz było jasne, że nie była uwiązana. Trudno było uwierzyć, że cieniutki drucik chociaż pod napięciem, powstrzyma rozpędzone bydle. Pognaliśmy szlakiem w nadziei, że jednak nie rozzłościliśmy tego stworzenia za bardzo naszą częstą obecnością przy ich jadłodajni. Udało się. Teraz już dobrą drogą maszerowaliśmy żwawo przed siebie. Deszcz znów wrócił. Marsz do przodu pod wiatr powodował zalewanie twarzy. Do tyłu nie dało się iść. Kilka ostrzejszych odcinków na zejściach potrafi dać w kość. Nam się wydawało, że mamy ostre tempo, ale w połączeniu z wiatrem w maskę prawdziwe czasy były dość kiepskie. Na ostrym zejściu kamiennym duktem, wyprzedziła nas trialistka. Sama brnęła w tym deszczu i zapewne była bardziej zmoczona niż my. Jednak to ona pierwsza powiedziała „cześć". Kilka chwil później opuściliśmy las na rzecz wielkiej polany. Tu trzeba zidentyfikować jakąś drogę do Czarnego, bo szlak prowadzi do schroniska Nad Zaporą, a my przecież nie tam podążamy. W tym deszczu nawet laminowana mapa na składaniach już lekko przemaka. Postanawiamy jednak dojść do górnej stacji wyciągu narciarskiego. Jest tam mały bar. Może trochę obeschniemy. Niestety w barze dobrze bawi się jakieś podpite towarzystwo i nie wchodzimy. Na szczęście deszcz już nie pada. Po dokładnym zbadaniu okolicy na wypadek skorzystania z tego wyciągu zimą, wracamy nieco i zaczynamy schodzić drogą w dół. Przechodząc pomiędzy zabudowaniami osady wyjrzał na nas jeszcze ze swojej stajenki jakiś rumak... ale nic nie mówił. Za nami włókł się nieco tylko szybciej od nas, wóz drabiniasty jadący z góry. Przerobiony na masową taksówkę i służący do przewozu imprezujących na różnych spędach ludzi pojazd, posiadał zadaszenie z brezentu, które kołysało się na nierównościach. I nie było by w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie straszny odór niesiony przez to ustrojstwo. Woźnica wyraźnie podchmielony i w dobrym humorze, nie przejął się samochodem zawracającym przed nim. Kierowca przestraszył się chyba trochę bo w pośpiechu zahaczył płot w trakcie cofania. My pomiędzy tym wszystkim. A co będzie jak ów woźnica zaproponuje podwóz? Nie wsiądę za nic choć nogi bolą już jak diabli, bo puszczę pawia. Pojechał jednak bez nas. Dotarliśmy wreszcie do parkingu gdzie stał nasz pojazd. Czekały w nim na nas suche rzeczy na przebranie.

 
Było już późne popołudnie. Słonko mocno oświetlało stoki gór. Ten nasz też. Nagle zza kolejnego zakrętu wyszła równie postrzelona jak my para młodych ludzi. Pamiętam, że mieli tylko lepsze buty. Reszta wypisz, wymaluj - lusterko. Tylko oni mieli wszystko suche. Wymieniliśmy jakieś zdania. Nie pamiętam wszystkiego, ale pamiętam pytanie:
Daleko na szczyt Baraniej?
Odpowiedziałem, że straciłem poczucie czasu, ale będzie ponad dwie godziny pod górę.
A jest tam schronisko?
...nie - odpowiedziałem krótko.
Rozeszliśmy się każdy w swoją stronę.
A więc są wariaci więksi niż my - powiedziałem do Asi.
 
Kiedy zobaczyliśmy wreszcie pierwsze zabudowania osady Chupki w Węgierskiej, było już po osiemnastej. Umorusani, zmoknięci, zziębnięci i bladzi ze zmęczenia musieliśmy jeszcze przemaszerować jakoś przez całą miejscowość i to przez jej centrum. Musieliśmy zwracać na siebie uwagę przechodniów, ale my się tym nie przejmowaliśmy w ogóle. Ważne było, aby jak najszybciej dostać się do pokoju. Kiedy tam dotarliśmy pamiętam jeszcze jedno: klucz do pokoju przekręcałem zębami, bo palce miałem zdrętwiałe z zimna. Na szczęście długi gorący prysznic i dużo chleba z miodem plus herbata z cytryną jakoś nam dodała nieco sił. Potem przyszły skurcze, masaże...
 

Każda prawie następna nasza wycieczka od tej pory była lepiej przygotowana od poprzedniej, bo była poprzedzona zakupem coraz to nowszych, lepszych sprzętów.
 
 
Od tamtego czasu wiele się zmieniło nie tylko w naszym ekwipunku, ale również w górach. Niech ten skromny, ale jakże częsty przykład służy innym w planowaniu wycieczek nawet takich jednodniowych.

P.S. Pensjonat nazywa się Malwa i ma się dobrze. Pamiętam, że następnego dnia mieliśmy iść na Romankę... skończyło się na tym, że podjechliśmy naszym fiacikiem do Koczego Zamku niedaleko Koniakowa i tam leżeliśmy na trawie patrząc w kierunku Baraniej, nie mogąc rozchodzić zakwaszonych mięśni.
 
  Stronę odwiedziło już 33150 odwiedzających.  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=