Góry, szlaki - moja strona życia...
   
  Góry, szlaki - moja strona życia
  Orzeł
 

 

Przeglądam właśnie fotki z tygodniowego pobytu w Pieninach i żałuję, że nie kupiłem tego orła. Pewnie powisiałby w przedpokoju, albo postał na komodzie w pokoju do świąt, a potem wylądowałby gdzieś w altanie na ogródku, ale jednak przypominałby te wspaniałe dni  spędzone na szlaku.

Tamtego dnia rano nic nie zapowiadało udanej wycieczki. Za oknem naszego pokoju szare chmury wolno przesuwały się po stokach Palenicy. Pokropiło nawet nieco. Tego dnia postanowiliśmy zostawić plecaki i górskie buty, i samochodem pojechać do Niedzicy. Na zamku i w przystani spędziliśmy całe przedpołudnie. Potem jeszcze kilkadziesiąt minut na zaporze, która przyczyniła się do powstania Jeziora Czorsztyńskiego. Grafika stworzona na deptaku zapory robi wrażenie. Niestety ilość chętnych do jej oglądania też. Żeby zrobić kilka fotek trzeba się uzbroić w cierpliwość.

W drodze powrotnej postanowiliśmy zajrzeć do Sromowców Niżnych. To wieś leżąca u stóp Trzech Koron. Płynąc tratwą za dość bandycką kwotę zresztą, spływem po Dunajcu, widzieliśmy Sromowce okiem turysty całkiem niekwalifikowanego. Nie byłbym sobą, gdybym nie wlazł jednak w mniej uczęszczane zakamarki wsi, która z tratwy sprawiała wrażenie oazy spokoju. Pierwsze kroki skierowaliśmy na most przerzucony przez Dunajec. Kilka tratw płynęło w nasza stronę. W każdej siedziało kilka osób i dwóch flisaków, z tym że ci ostatni stojąc odpychali się drągami starając utrzymać właściwy kierunek. Poranne chmury już dawno popłynęły wraz z innymi tratwami, zostawiając troszkę nieśmiały błękit ponad nami. Ten most to chyba najlepsze miejsce, z którego rozciąga się panorama na część Pienin z monumentalnymi Trzema Koronami na pierwszym planie. Postalibyśmy chętnie dłużej, ale chcieliśmy jeszcze odwiedzić schronisko. Spacerkiem zatem skierowaliśmy nasze kroki w kierunku najbardziej charakterystycznej góry w okolicy. Mijając kolejne domy rozkoszowałem się niesamowitym spokojem jaki tu panował. Prawie nie było widać ludzi. Lekki wiaterek szumiał w drzewach, a gdzieś z dala dochodziły dźwięki ptaków.

Jakaś starsza góralka porządkowała coś na tarasie swojego domu. Kiedy przechodziliśmy tuż obok, przerwała na chwilę spoglądając w naszą stronę. Zdawało mi się, że skinęła w naszą stronę, więc delikatnie się ukłoniłem w jej kierunku mówiąc „dzień dobry”. Natychmiast odpowiedziała kłaniając się w pas.  To miejsce coraz bardziej mnie pasjonowało.  Sielankowy nastrój udzielał mi się z każdym krokiem. Tej harmonii nie mógł zakłócić nawet tak znienawidzony asfalt, po którym teraz szliśmy.

Przy płocie jednego z ostatnich domów na drodze do schroniska „Trzy Korony” zauważyliśmy rozłożone na kawałku materiału ręcznie wykonane pamiątki. Właściwie to nie przepadam za takimi drobiazgami, ale te przykuły moją uwagę, bo były... identyczne. Równo poukładane na ziemi wyglądały jak z fabryki. Wszystkie przedstawiały naszego narodowego ptaka – orła. Rozłożone szeroko skrzydła jak na godle państwowym zrobione z jasnego, surowego drewna, jaśniały w najmniejszym promieniu słońca. Kilkanaście takich orzełków różniła jedynie wielkość. Od kilkunastu do dwudziestu kilu centymetrów. Przyglądałem im się chwilę. Każde skrzydełko złożone było z kilkunastu piór ułożonych w swego rodzaju wachlarzyk, z cieniutkich drewnianych listewek. Każda taka listewka wyrzeźbione miała szczegóły upodabniające je do prawdziwych piór. Po przeciwnej stronie drogi siedział na stołku zrobionym z rowerowego siodełka mężczyzna. Siwiejące, ale bujne loki i ciemna cera nie pasowały do obrazu typowego górala. Do tego dziecięce rysy twarzy i sposób mówienia – jak się po chwili okazało - przekonały mnie o niewielkiej, ale wyraźnej ułomności dojrzałego już przecież człowieka. Siedział i coś skrobał w kawałku drewna. Na nasz widok jednak podszedł bliżej. Zapytałem o cenę. Nie odpowiedział wprost. Pochylił się i wziął do ręki jednego orzełka. Zaczął z wielkim przejęciem opowiadać o tym jak powstaje. Niektóre słowa zaczynał kilka razy, jakby lekko się jąkając. Mówił kiedy i jakie drzewo trzeba pozyskać na jego wykonanie, jak rozłupać kawałek drewna żeby powstały cieniutkie listewki, wreszcie jak to połączyć, żeby uzyskać pożądany efekt. Pewnie odebrałbym taką wypowiedź jak zwykły akwizycyjny bełkot, ale tym razem już w pierwszych słowach dało się odczuć ile serca wkłada ten człowiek w wykonanie każdego z tych drewnianych ptaków. Bez ponawiania pytania zakończył swoją odpowiedź  słowami:

 - Za tego ludzie dają piętnaście, były mniejsze, ale się sprzedały.

Zapytałem jeszcze ile czasu zajmuje zrobienie takiego orzełka i coś tam jeszcze. Miły pan chętnie odpowiadał trzymając w ręku jedno ze swoich dzieł i narzędzie pracy przypominające nóż. Zapytał wreszcie dokąd idziemy i czy zostaniemy w schronisku na noc. Nie nalegał na kupno pamiątki. Po prostu pozdrowił po chrześcijańsku  „z Panem Bogiem”. Poszliśmy dalej wzdłuż drogi. A im bardziej się oddalaliśmy, tym bardziej nie mogłem wyjść z podziwu. Każdego takiego orzełka zrobił człowiek, który mimo widocznej niesprawności potrafi stworzyć delikatne dzieło, a po min następne i następne... I wszystkie identyczne. Jak z maszyny fabrycznej z funkcją powiększania i pomniejszania.

To było najłatwiejsze jak do tej pory schronisko. Prawie pod same drzwi prowadzi wygodna droga, a obok zorganizowano parking. Pomyślałem, że trzeba to kiedyś wykorzystać. Tymczasem w środku nie było gości. Zjedliśmy obiad w przyciasnej jadalni przy akompaniamencie łyżek, garów i innych kuchennych odgłosów. Nawet to lubię. Od razu zrobiło się jakoś domowo. Panie w kuchni uwijały się przy kuchennych sprzętach. Na chwilkę można było zajrzeć przez okienko przy odbieraniu własnej roboty pysznych pierogów. Ktoś zszedł z części mieszkalnej po coś do kuchni. Ktoś uzupełniał magazynowe półki przywiezionym właśnie towarem. Kilkadziesiąt minut później byliśmy w drodze powrotnej do centrum, gdzie zostawiliśmy samochód. Spacerując niejako „tyłami” wsi mogliśmy zobaczyć jakie naprawdę są Sromowce. I wcale nie okazało się, że jak to często bywa, pięknie jest tylko  „od frontu”. I tu ład i porządek panował na każdym prawie podwórku. Domy odświeżone, a trawniki przycięte wręcz regulaminowo. Równoległą drogą przez wieś wróciliśmy do samego parkingu. Jeszcze tylko rzut oka na plan odjazdów autobusów. Następnego dnia chcieliśmy tu zejść z Trzech Koron i jakoś trzeba będzie wrócić do Szczawnicy, skąd mieliśmy w planie wyruszyć. Niestety wychodziło na to, że po południu nic już tu nie jedzie. Dla pewności zapytaliśmy kogoś napotkanego przypadkiem, ale ten skierował nas do kiosku gdzie sprzedawczyni ostatecznie potwierdziła prawdziwość informacji o braku jakiejkolwiek komunikacji po piętnastej z minutami. Trzeba było zmienić nieco trasę, a do Sromowców jeszcze się wybierzemy.

Zapomniałem o orzełkach, aż do dnia kiedy zajrzałem do notesu gdzie notuję schematy tego co chcę później opisać. Zapisałem tylko tytuł. Ten sam co na samym początku. Kilka dni nie mogłem sobie przypomnieć co to za „orzeł”. Szukałem gdzieś w pamięci przeczesując każdy dzień w poszukiwaniu chwili wskazującej na ptaka. Pojawiały się gdzieś w zakamarkach pamięci inne stworzenia boskie napotkane gdzieś na szlaku i poza nim, ale żaden ptak drapieżny nie zwrócił mojej uwagi. Po kilku dniach zacząłem się nawet nieco irytować starając się wrócić myślami do tamtego dnia. I dopiero dokładniejsza analiza dnia spędzonego w Sromowcach  przypomniała mi tego człowieka o kręconych włosach, siedzącego w przydrożnym rowie, skupionego. Zapamiętałem tą sylwetkę z pochyloną głową nad kolejnym swoim dziełem. Zwykły, niezwykły człowiek.






Dodaj komentarz do tej strony:
Twoje imię:
Twój adres email:
Twoja strona:
Twoja wiadomość:

 
  Stronę odwiedziło już 32880 odwiedzających.  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=