Góry, szlaki - moja strona życia...
   
  Góry, szlaki - moja strona życia
  Połonina i Chatka "P"
 



O Bieszczadach marzyłem już od dawna. Zawsze jednak coś przeszkadzało mi tam się wybrać. Może to bliskość innych gór była tego powodem. Wszak to do Bieszczad mam z polskich gór najdalej. Teraz jednak się udało. Kompromisowo pomiędzy wypoczynkiem nad wodą czy w górach wybraliśmy zalew Soliński i Polańczyk. W same Bieszczady wysokie mieliśmy dojeżdżać samochodem. No cóż, zbyt wiele tych gór to schodzić nam się nie udało. Pogoda owszem, była typowa… bieszczadzka. Za pierwszy cel obraliśmy Połoninę Wetlińską. Dla dzieci atrakcją miało być schronisko, któremu nie wiedzieć dlaczego ktoś kiedyś nadał nazwę „Chatka Puchatka”. Mnie ta nazwa nie przeszkadza, choć wielu by to dawno zmieniło. Niezbyt gorący dzień napawał optymizmem. W Berehach parking prawie pusty, ale na przełęczy samochodów już było sporo. Ruszyliśmy zaraz po wykupieniu odpowiednich wejściówek w kasie Parku. Na początek skok przez strumyk, który okazał się być jedyną wodą na naszej trasie tego dnia. Dzieciom spodobał się ten wariant szlakowy. Podejście ścieżką wśród krzewów i zarośli było już mniej ciekawe. Głęboko wyryte przez niedawne ulewy bruzdy, snuły moje wyobrażenie o ilości wody jaka się tu zlewała. Już po kilkunastu minutach wędrówki zauważyłem przed nami dziwnie zachowującą się kobietę. Tłumacząc, że tak się nie robi zerwała jakiś badyl z pobliskiego krzaka i próbowała go wbić w sam środek ścieżki – pewnie i tak nie mają szans na przetrwanie, ale trzeba spróbować. To jajka jaszczurki. Dzieci zainteresowane wpatrywały się w ziemię. Obawiam się, że i tak ktoś je tu rozdepcze. Woda wypłukała ich norkę. Wytłumaczyłem dziewczynkom skąd się tu wzięły i poszliśmy dalej. Liściasty badyl tkwił niepewnie w ziemi.

Przy ścieżce pojawiły się krzaki jagód i malin. Nie pozwoliłem wchodzić dzieciom w ich gęstwinę tłumacząc parkowym zakazem, ale małej Emilii nie dawało spokoju to, że nie mogła dosięgnąć głębiej rosnących owoców. Co rusz to wchodziła w krzaki kilka metrów. Jak zakaz – to zakaz. Użyłem argumentu „misia”. Wytłumaczyłem, że jagody są pożywieniem dla niedźwiedzi, które pewnie czasem przychodzą tu na śniadanie. A co by było gdyby ludzie zjedli im wszystkie jagody? Na potwierdzenie moich słów właśnie znalazłem dowód niedawnej obecności misia. Na szczęście już mocno wysuszony.

 Temperatura rosła chyba wraz z wysokością, bo plecy miałem już zupełnie mokre. Krótkie chwile na uzupełnienie płynów nie wystarczały już żeby odpocząć. Asia miała już zupełnie dosyć. To nie był jej dzień. Za to dzieci przeciwnie. Jeszcze na dole trochę marudziły, ale teraz zdecydowanie nas wyprzedziły. Zresztą nie tylko nas, ale każdego na szlaku. Trzeba było je trochę spowolnić, bo sami już nie dawaliśmy rady. Zarządziłem przerwę. Pomiędzy drzewami, gdzieś daleko w dole widać było kawałek obwodnicy. Wąska wstążka szarego asfaltu wiła się wśród zielonych jeszcze traw, by zniknąć gdzieś pośród lasu. Jak okiem sięgnąć nigdzie w tym skrawku doliny nie widać ani jednego dachu domu, szopy czy szałasu. Horyzont zamykał się przeciwległymi stokami Rawek. Siedzieliśmy tak kilka chwil, a w tym czasie minęło nas chyba ze dwa tuziny ludzi. Większość wchodziła tak jak my do góry, ale byli i tacy co już wracali. Znacznie się oni różnili ubiorem od większości tych co mieli pod górę. Prawie każdy schodzący ubrany w kurtkę, czy chociaż grubą bluzę. Była i taka dziewczyna, co szczelnie owinięta kapturem nie dosłyszała nawet mojego zapytania o warunki na górze. Od razu się zorientowałem dlaczego są tak szczelnie poubierani. Tu w lesie, byliśmy dobrze osłonięci, ale wyżej, gdzie drzewa ustępują trawom połonin, musiało nieźle wiać. Do skraju lasu zostało nam jakieś dziesięć minut drogi. Okazało się jednak, że po wyjściu na otwartą przestrzeń wcale nie wieje. Jednak już sto metrów dalej, na skałkach zwalało z nóg. Trzeba było wrócić parę metrów niżej, bo nie sposób było na tym wietrze cokolwiek na siebie włożyć. Rękawy kurtek fruwały rwane wiatrem tak, że trudno było trafić ręką do środka. Szlakowskaz wskazywał, że do celu zostało dziesięć minut. Spojrzałem przed siebie. Rzeczywiście jakby szczyt, ale gdzie schronisko? Magiczna nazwa „Chatka Puchatka” pozwalała skutecznie zachęcić nie tylko nasze dzieci do wędrówki. Póki co jednak, „Chatki” nie widać. Dopiero po kilku chwilach ponad falujące morze traw powoli zaczął wychylać się dach schroniska. Wreszcie dotarliśmy. Spodziewałem się turystów w tym miejscu, ale chyba nie takiej ilości. Każdy skrawek skromnego otoczenia budynku był zajęty. Udało się wejść do środka. Po tym co zobaczyłem na zewnątrz, nie spodziewałem się w środku wiele miejsca. Chciałem jednak zajrzeć do środka w nadziei zobaczenia gospodarzy schroniska, zwłaszcza Lutka Pińczuka, słynnego wilka bieszczadzkiego, o którym tyle się naczytałem. Niestety tłum jaki panował w środku nie pozwalał nawet zajrzeć do kuchennego okienka. Wiem tylko, że ze stoickim spokojem kapryśne zamówienia szkolnej gawiedzi przyjmowała kobieta o doświadczonych już rysach twarzy. Szybko opuściliśmy to wnętrze. Przed schroniskiem, jeden przewodnik zwoływał swoją grupę, inna grupa już ruszyła w dół. Zwolniła się ława przy schronisku, więc mogliśmy usiąść i zjeść nasz prowiant. Wokół krzątała się chyba setka ludzi. Ciągle ktoś przechodził, ciągle pojawiali się nowi w miejsce tych, co właśnie udawali się w drogę powrotną. Największą grupę stanowiły chyba wycieczki młodzieży i dzieci. Co kilka minut nowa grupa zbierała się do wyjścia wprost na środku skromnego placyku przed schroniskiem, tarasując przejście.

Na chwilę oddaliłem się nieco od rodziny próbując znaleźć obrazek znany mi z okładki tomiku opowiadań z pyskiem lamy na pierwszym planie i chatką w tle. Fotka zrobiona ładnych kilka lat temu właśnie tu na Wetlińskiej. Niestety czas zrobił swoje skutecznie zmieniając szczegóły tego miejsca i nijak nie mogłem znaleźć dokładnego miejsca zrobienia tej fotki. „Dzikie Bieszczady” – pomyślałem. Pewnie spóźniłem się ze dwie dekady, aby je obejrzeć. Gdzieś w środku poczułem jakiś żal do siebie, że nie przyjechałem tu wcześniej i do tych wszystkich ludzi wokół, że właśnie dziś tu przyszli. Wyobrażenie moje o tych dzikich niegdyś górach utonęło właśnie w tłumie ludzi rozdeptujących wąskie ścieżki połonin. Ech… Wstałem dając znak do wymarszu w drogę powrotną. Zanim jednak zebraliśmy nasze  graty, ktoś już zajął dla siebie „naszą” ławę strasznie narzekając na brak prądu i bieżącej wody w schronisku, smród wokół sanitariatów. Dobrze zbudowany i tylko nieco starszy ode mnie mężczyzna zapytał o miejsce, kiedy właściwie już je zajął. Wskazując gestem, że właśnie ruszamy odpowiedziałem mu nawiązując do tego co przed chwilą usłyszałem: A pan pewnie by chciał, żeby tu postawili restaurację czy hotel? – trochę uszczypnąłem. - No, hotel to może nie, ale co to dziś za problem rurę z wodą pociągnąć? Za co oni pieniądze biorą? – marudził. – widzi Pan. To jedyne takie schronisko w Bieszczadach, jedyne tak wysoko. Ono ma tu swoje zadanie do spełnienia i od wielu lat robi to doskonale dzięki wysiłkowi jego gospodarzy. I nie potrzeba do tego, ani prądu, ani nawet wody z rury i ludzie tu przychodzą – broniłem tego miejsca. – Ale co Pan opowiada – podniósł trochę ton – mamy dwudziesty pierwszy wiek. Ludzie budują kolejki, wyciągi, autostrady i mosty nie w takich miejscach, a tu nawet dojechać trudno.

No teraz to już przesadził – pomyślałem sobie, ale nie miałem ochoty więcej się z facetem przekomarzać. Zresztą małżonka już mnie delikatnie za rękaw ciągnęła. Spojrzałem tylko na niego i jego towarzyszy. Ciuchy to oni mieli na pewno drogie i markowe. Pozdrowiłem słowami „miłego dnia życzę” i oddaliłem się w swoją stronę zaciskając zęby, żeby czegoś nie palnąć. To ja kilka minut wcześniej próbowałem sobie wyobrazić to miejsce zupełnie puste, dzikie, a on mi tu „McDonalds’a” buduje, w dodatku z kolejką górską i wygodnym dojazdem czteropasmową autostradą!

Tym czasem moja młodsza pociecha dopinała swoją kurtkę walcząc z wiatrem. Koniecznie chciała nieść plecak mamy żeby, jak mówiła, wiatr jej nie porwał. Zabawnie wyglądała z tym wielkim jak dla niej worem na plecach. Nietrudno było przewidzieć, że szybko się zmęczy tym ciężarem, ale pozwoliliśmy jej trochę ponosić ten ekwipunek. Wszak dziś swojego plecaka nie miała. Tą samą ścieżką zaczęliśmy schodzić w dół. Wreszcie! A na Wetlińską jeszcze wrócę.

 


 
 
 
 
 






Dodaj komentarz do tej strony:
Twoje imię:
Twój adres email:
Twoja strona:
Twoja wiadomość:

 
  Stronę odwiedziło już 32880 odwiedzających.  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=