Góry, szlaki - moja strona życia...
   
  Góry, szlaki - moja strona życia
  Polica
 


Chociaż wczorajsze niebo wieczorne nie zwiastowało pięknej pogody to nam jednak szkoda było dnia na siedzenie na tyłkach więc ruszyliśmy realizować plan wycieczki. Dziś Polica.

Na szlak ruszyliśmy z pięknie położonej Przełęczy Zubrzyckiej. Kiedy wskakiwaliśmy w górskie buty przy samochodzie mijał nas samotny turysta w krótkich spodenkach z wielkim plecakiem. Wędrowca pewnie miał w nogach dziś już niejeden kilometr.

Po minięciu kilku gospodarstw niebieski szlak znikał w niezbyt gęstym lesie. Dość szybko nabieraliśmy wysokości co zdecydowanie dało się odczuć w nogach zwłaszcza po wczorajszej Babiej. Wyszliśmy wreszcie na skraj polany, a właściwie wycinki drzewnej gdzie postanowiliśmy chwilę odsapnąć. W górze ze sto metrów dalej zauważyliśmy postać ludzką. Zapewne był to ten gość, który nas mijał przy aucie.

Powietrze było gęste i zapowiadało raczej zepsucie pogody niż jej poprawę ale my byliśmy raczej nieźle przygotowani na wypadek opadu.

Ruszyliśmy dalej mając nadzieję, że pogoda jednak się utrzyma. Znów weszliśmy w gęsty las. Na powalonym pniaku trzeba było niestety już włożyć kurtki i ochraniacze na nogi bo zaczęło solidnie padać.

Ścieżka przebiegała wzdłuż jakiejś granicy (może gminy) o czym świadczyły równo rozłożone bloczki granitowe. Z każdym metrem gdzieś znikała nasza dróżka i coraz trudniej było utrzymać właściwy kierunek marszu, tym bardziej, że krzaki mocno zgęstniały i ludzkie ślady już prawie całkiem nie występowały. Deszcz wciąż padał choć trochę słabiej i kropelki spływające po ubraniu zdawały się być coraz cięższe.

Wreszcie pojawiła się niewielka polanka a właściwie tylko małe miejsce gdzie zamiast kilku drzew rosła tylko trawa. Miejsce to wyraźnie leżało tuż obok szczytu wzniesienia. To Czyrniec.

Widać tu było ślady jakiegoś wąskiego pojazdu. Może kład albo kilka motorów. Ślady znikały w nie oznakowanej ścieżce. Wyszliśmy na drugie zbocze skąd w normalnych warunkach pogodowych pewnie ukazałaby się nam Polica w całej krasie. Niestety tam gdzie miała być, były tylko chmury. W dole natomiast w samym siodle znów ten turysta. Wyraźnie deptaliśmy mu po piętach.

Zeszliśmy w dół by znów mozolnie zdobywać wysokość. Po kilkuset metrach doszliśmy naszego piechura. Poprawiał ekwipunek, a może po prostu tak jak ja nie lubi być deptany i celowo nas przepuścił. Wymieniliśmy kilka zdań na temat pogody i rozstaliśmy się. Deszcz jakby już przestał padać ale widoczność nie poprawiła się zbytnio.

Weszliśmy do Rezerwatu im Z. Klemensiewicza. Tablica pamiątkowa poświęcona katastrofie lotniczej, w której zginął profesor znajduje się na Przełęczy Krowiarki tuż obok budki z pamiątkami.

Pogoda łaskawie odsłoniła nam widok na wczorajszą zdobycz czyli Babią Górę. Niestety tylko na chwilę. Na szczycie Policy dołączyli do nas dwaj panowie w wieku „ponad czterdzieści" i raczej nie należeli do nowicjuszy traperskich chociaż nie mieli wielkich plecaków. Tempo z jakim oddalali się od nas idąc w tym samym kierunku wskazywało, że to nie pierwszyzna dla nich.

Znów zaczęło padać. Nie spotkaliśmy więcej gościa, którego widzieliśmy parę razy wcześniej. Prawdopodobnie poszedł w kierunku Mosornego Gronia i Zawoi.

Wkrótce dotarliśmy do wielkiej polany na Przełęczy Kucałowej. Stąd już tylko rzut beretem do schroniska na Hali Krupowej.

W schronisku z racji pogody wszystkie miejsca siedzące były zajęte. My to mamy szczęście do wycieczek wszelkiej maści. Zamówiliśmy gorącą herbatkę i rozlokowaliśmy się tymczasowo na wygaszonym kominku. Izdebka była malutka i każdy głos był dobrze słyszalny. Gwar wewnątrz panujący raczej nie pozwalał na zadumę. Na szczęście po jakimś czasie grupa zaczęła opuszczać schronisko.

Za oknem nie było widać poprawy pogody ale za to pojawili się amatorzy wycieczek motorowych. Jakieś kłady i motocykle wściekle wyły dojeżdżając pod okna schroniska. Kolesie dobrze wyposażeni w sprzęt i ochraniacze szybko jednak opuścili to miejsce.

No i dobrze bo nie jestem specjalnym entuzjastą hałaśliwych maszyn w lesie. Ryją szlaki nie przejmując się piechurami.

W końcu i my ruszyliśmy dalej. Już nie padało więc pokonywanie dalszych metrów było znacznie przyjemniejsze. Zaczęliśmy schodzić w dół. Na przeciwległym stoku pokrytym gęstą siatką ścieżek słuchać było warkot silników motocykli. Trudno było jednak je dostrzec.

Czarny szlak doprowadził nas do osady Wielka Polana. Na tablicy przystanku PKS widniały tylko dwie godziny odjazdu pojazdów: 7.15 i 13.15 do Jordanowa. Dobrze że nie jesteśmy uzależnieni od tego rozkładu bo byłoby kiepsko.
Do auta trzeba było przebyć 1,5 kilometra z buta, asfaltem. Dość męcząca ta droga dla kogoś kto chodzi raczej szutrem niż twardą nawierzchnią szczególnie, że z przeciwka pojawiały się auta noszące za sobą tumany kurzu. Wystarczyło kilka godzin żeby to miejsce przeschło i każdy pojazd wznosił za sobą miliony drobinek. Wreszcie jednak dotarliśmy do przełęczy i zobaczyliśmy charakterystyczne kupy drewna składowane w pobliżu miejsca gdzie zostawiliśmy auto. Czas było wracać do wielkomiejskiej szarugi.

 
  Stronę odwiedziło już 33150 odwiedzających.  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=