Góry, szlaki - moja strona życia...
   
  Góry, szlaki - moja strona życia
  Powroty na kołowroty
 


     Masyw Szyndzielni i Klimczoka


Nasze latarki błyskały nieskładnie w każdą stronę. Ponieważ nie wszyscy je mieli, trzeba było oświetlać drogę nie tylko sobie, ale też współwędrowcom idącym z przodu. Długim wężykiem szło nas kilkanaścioro. Prowadził przewodnik. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się i gromadzili na jednym miejscu, żeby sprawdzić czy wszyscy idą.
Zawsze znalazło się coś do powiedzenia u naszego przewodnika. Kilka zdań i ruszaliśmy na kolejny etap. Znów błyskający sznureczek przesuwał się powoli po stokach Szyndzielni.
Chyba żadne z nas nigdy wcześniej nie uczestniczyło w podobnej nocnej wycieczce, więc śmiechu było co nie miara. Ktoś oberwał liściem z krzaka, a kto inny potknął się o wystający korzeń. Właściwie to nikt nawet nie wiedział tak do końca, gdzie jesteśmy i dokąd podążamy. No…przewodnik pewnie doskonale wiedział, no i ksiądz, który zaaranżował ten wypad. Szkoda, że dziś już nie pamiętam nawet jego imienia.
Nigdy wcześniej nie wędrowałem po żadnych górach, nie licząc kilku samochodowych wycieczek z rodzicami do Wisły, czy wyjazdu kolejką na Czantorię. Prawdziwy szlak zobaczyłem dopiero na tej właśnie eskapadzie. Zobaczyłem, to za dużo powiedziane, bo przecież była noc i tak naprawdę prawie nic nie widziałem. Nie tylko ja zresztą. Te kilka godzin nocnego chaszczowania wystarczyło jednak, aby załapać to co trwa do dziś i mam nadzieję się z tego nie wyleczyć.
Wtedy nie wiedziałem o górach nic, ale wiedziałem, że wrócę w góry na pewno. Nie znałem map. Wszystkiego uczyłem się od początku. To co zabrałem ze sobą na pierwszy wypad, trudno nawet nazwać sprzętem. Stary harcerski plecaczek, który nie chronił zawartości nawet przed najmniejszym deszczem, jakieś miejskie adidasy. Kurtka była najlepsza – cieniutka wiatrówka, żadnego kaptura. Ledwo zatrzymywała podmuchy wiatru, o deszczu nie wspomnę. Może lepiej było zabrać ręcznik... Na szczęśnie nie odbiegałem zbytnio wyglądem od reszty. Wszyscy byliśmy laikami w te klocki. Przynajmniej pomyślałem o zapasowych bateriach do mojej latarki.
Te kilkanaście lat jakie minęło od tamtej nocy, przyniosło wiele zmian. Również w kwestii latarek. Nie noszę już ciężkiej ogromnej lufy, a małą czołówkę na dwa paluszki.
Przeszliśmy Przełęcz Kołowrót zatrzymując się na niej, żeby po raz kolejny przeliczyć uczestników i sprawdzić czy wszyscy są cali. Ta nazwa tak utkwiła mi w pamięci, że stała się dla mnie najbardziej znaną mi przełęczą. Wtedy o przełęczach wiedziałem tylko tyle, ile w szkole się nauczyłem, a będąc na „Kołowrocie” mogłem jej dotknąć, nadepnąć nawet, tylko nie mogłem jej zobaczyć przez te ciemności. No i dlaczego „Kołowrót”? Nie było innej nazwy? Długo nie dawało mi to spokoju. Chociaż kilka razy wędrowałem gdzieś w okolicach, nigdy już tam nie wróciłem.
Nasze błyskające coraz słabszym światłem latarki dotarły wreszcie do jakiegoś budynku. To było schronisko. Trochę zmęczeni no i lekko śpiący zgromadziliśmy się przed wejściem. Zdjęliśmy nasze plecaki i czekaliśmy na dalsze polecenia. Nie pamiętam, która była godzina, ale północ minęła już dość dawno. Było całkiem ciemno. Tylko przez szybki w drzwiach wejściowych wylatywało jakieś światło. Schroniskowi goście dawno już spali, więc pouczono nas, aby nie hałasować. Nasza ziewająca grupa weszła do jadalni, gdzie mieliśmy doczekać świtu. Mimo, że nikt się nie odzywał to panował lekki szum. Ktoś coś jadł, ktoś oklejał obtarte w marszu stopy. Powoli każdy znajdował sobie miejsce i próbował wygodnie się ułożyć. Pewnie byliśmy bardzo zmęczeni, bo nawet zimna, kamienna posadzka nie przeszkadzała w zaśnięciu. Zanim zapadła zupełna cisza minęło jeszcze kilkanaście minut. Padliśmy wszyscy.
I chociaż tamtej nocy nie pogonił nas misiu, nie uciekaliśmy przed nawałnicą czy deszczem i nikogo nie przestraszyła nawet sowa, to jednak każdy zapamiętał te wycieczkę. Każdy nieco inaczej. Znam takich co wracali jeszcze w góry. Nie koniecznie w nocy, nie zawsze w takiej grupie, bywa że sami gdzieś dnem doliny, albo górskim grzbietem podążali za szlakiem. I ja do nich należę. Pewnie od tamtej nocy zdeptałem nie jedną setkę kilometrów górskich ścieżek, nie zawsze szlakiem (poza granicami Parków naturalnie).
(2008r)

Na przełęcz „Kołowrót” pewnie jeszcze trafię. Może zabiorę tam ze sobą swoje dzieci, może też będą chciały wracać na przełęcze…

Dziś już wiem, że wrócą...
(2010r)



 
  Stronę odwiedziło już 33150 odwiedzających.  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=