Góry, szlaki - moja strona życia...
   
  Góry, szlaki - moja strona życia
  Rajcza - Hala Boracza
 


Zaledwie sześć dni po inauguracji sezonu turystycznego 2009 mam okazję znów pojawić się w górach i to w dowolnie wybranym miejscu. Wybrałem Rajczę Nickulinę i podejście dość nietypowo na Halę Boraczą przez Zapolankę i Halę Radykalną gdzie trzy lata temu tak bardzo mi się podobał widok na nasze Beskidy. Zejście do Nickuliny chciałem zrobić już bez szlaku, no może rowerowym.

Zaczęło się obiecująco. Drogowskaz przy zejściu z asfaltu informował, że żółty szlak prowadzi prosto do „Chaty na Zagroniu". Ruszyłem więc szlakiem mijając po drodze rodzinkę z małym dzieckiem. Po stroju i butach widać było, że góry nie są im obce. Ja jednak oddalałem się ekspresowo, bo malec szedł sobie spacerkiem zaglądając do strumyka. Teren strasznie zryli leśnicy karczując wszystkie drzewa bez wyjątku. Maszyny ściągające drewno wyjeździły mnóstwo nowych ścieżek odbiegających to w prawo to w lewo od szlaku. Znaków już nie widziałem od kilkunastu minut, starałem się więc trzymać głównej trasy. Niestety szybko stało się jasne, że to nie był szlak. Wypatrywałem gdzieś dalej znaków ale na nic. Analiza mapy też zbytnio mi nie pomogła. Skala 1 : 50 000 nie jest może zła ale pamiętać trzeba, że każdy centymetr to pół kilometra, a ja prawdopodobnie w takiej odległości od prawidłowej drogi jestem. Postanowiłem wejść na grzbiet góry ścieżką ile się da, a tam powinienem już znaleźć punkty odniesienia. Ścieżka jednak zaczęła się zwężać, aż całkiem zanikła w gąszczu wykarczowanych pniaków. Teraz przyszło mi się zmagać dodatkowo z kolczastymi jeżynopodobnymi pędami, które haczyły się wszystkiego. Doszłem do skraju lasu i końca kilkumetrowej głębokości żlebu strumyka. Przez las nie było szans. Tam gęstwina kolczastych pędów była nie do przebycia. Trzeba było skakać do dziury i wydostać się na drugi jej brzeg. Na szczęście na dnie nie było wiele wody. Dotarłem wkrótce do porządnej ścieżki, ale to nie był szlak. Teraz w prawo czy w lewo? Kilkaset metrów w lewo teren zaczyna opadać ku dolinie, widzę w pobliżu jakieś zabudowania. To może być Kowalówka albo Laborówka. Ścieżka unosi się ku wzniesieniu. Idąc w górę powinienem dojść tak czy inaczej na grzbiet odchodzący od Kiczory i do szlaku czarnego lub nawet mojego żółtego.

No to w prawo. Kilkadziesiąt metrów dalej spotkałem dwie osoby mieszkające gdzieś tu ale poza „dzień dobry" nic się nie pytałem. Kilka minut później wyszłem na żółty szlak. Więc to była Kowalówka. Zrobiłem małe ścięcie ale przez te chaszcze nic nie zyskałem. Teraz już spokojnie deptałem przed siebie. Jacyś „goście" zaczepili rozmową idących z przeciwka turystów. Nie słyszałem o czym mówili. Wkrótce ich dogoniłem kiedy ci podziwiali widoki. To był ojciec z synem. Też postanowili spędzić czas w górach. Mnie też zagadano. Najpierw klasycznie o pogodę. Ale jeszcze jakoś tak się gość pochwalił, że woli przyjeżdżać pociągiem niż samochodem. Przyznałem mu rację z powodu pewnej swobody w planowaniu wycieczki. Oni zostali, ja poszedłem dalej. Mimo wszystko jednak wolę auto - pomyślałem - pociąg posiada pewne ograniczenia. Zwłaszcza czasowe.

Minąwszy szczekającego kundelka z pobliskich zabudowań dotarłem do ładnego miejsca gdzie postanowiłem zatrzymać się na kawę z termosu. Było raczej chłodno i wietrznie więc ubrałem kurtkę. Tu zaczynało się spore podejście więc chwila przerwy się przyda.

Z przeciwnego kierunku prawie ciągle ktoś przechodził. To urok długiego weekendu majowego sprawił, że na wycieczkę w góry przyjechało więcej osób niż zwykle.

Popijając kawę podziwiałem widok i próbowałem zidentyfikować poszczególne szczyty. Niestety chodzi chyba za mną jakiś pech, bo znów nie ma pełnej przejrzystości powietrza. Piętnaście może dwadzieścia kilometrów niewiele odsłaniało. Ot do Wielkiej Rycerzowej i nic dalej.

Po tych kilkunastu minutach odpoczynku ruszyłem dalej. Teraz lasem ścieżka wznosiła się w kierunku nienazwanego szczytu mijając go nieco z boku. Tysiąc metrów wysokości i wysoki las sprawiły, że gdzieniegdzie zalega jeszcze sporo śniegu. Temperatura też jakby nieco spadła, a słonko leniwe nie chciało mocniej zaświecić. Przejście przez ten odcinek drogi aż do schroniska na Hali Boraczej utrudniały powalone wierzchołki drzew. Musiało tu nieźle wiać. Po drodze do schroniska trzeba przejść przez Halę Radykalną. Kiedy byliśmy tu trzy lata temu nikogo tu nie było, a sama hala wydawała się jakby większa. A może to my od tego czasu więcej widzieliśmy i porównanie tej niewielkiej hali wypada dość blado przy innych. Teraz ze dwadzieścia osób tu odpoczywało i to dość hałaśliwie. Byli też ojciec z synem spotkani wcześniej na szlaku. Widać jednak towarzystwo im nie przypadło do gustu, bo prawie od razu się pozbierali poszli w kierunku Lipowskiej. Ja też nie zabawiłem tu długo chociaż taki miałem plan. Rozbawione towarzystwo czterech studentów strasznie zaciągających na „warszawkę" zdawało się nie widzieć innych turystów chcących tu odpocząć. Inny młody „turysta" raczej okazyjny sądząc po stroju i obuwiu, w ciągu kilkunastu minut wypalił kilka fajek i musiał do tego koniecznie wstać jakby chciał się wszystkim pokazać przy tej czynności. Wiatr trochę kręcił i czasem dym z papierosa mimo znacznej odległości przyniósł smród aż do mnie. Zresztą widoczków ciągle brak - deptam dalej.

Czarny szlak stanowiący skrót do schroniska krył w sobie jeszcze więcej powalonych drzew. Biegnąca dość stromo ścieżka była męcząca ale tylko dla idących w górę. Za to w dół można wywinąć niezłego kozła ujeżdżając na luźnych kamieniach albo błocie. Trzeba uważać. Szybko dotarłem do zielonego szlaku, gdzie w miejscu rozstaju zostawiono nie wycięte jedno wysokie drzewo ( w promieniu dwustu metrów nie było nawet krzaczka). Dość osobliwie wyglądało na tym pustkowiu zwłaszcza dla schodzących jak ja z góry. Wykarczowany połać lasu przyniósł ze sobą za to piękny widok, którego wcześniej nie było. Widać było jak na dłoni całą Halę Boraczą i osadę Kolonia. Nad tym wszystkim panował widoczek świeżo odnowionego schroniska i zewsząd biegnące żółto-szare ścieżki. Przed schroniskiem już z tej odległości można było zauważyć spory ruch. Po drodze widać było zmiany jakie zaszły od czasu kiedy byliśmy tu ostatnio. Ławeczki, barierki wreszcie elewacja samego schroniska nabrała znacznie lepszych barw. Zdjęto szare płytki z eternitu kładzione w karo i położono brązową elewację z desek. Wnętrze jednak nie kryło w sobie nowości. Stare ławki, ten sam bar. Ale tu akurat nie ma potrzeby niczego zmieniać.

Do baru ludzie gęsto ustawieni w kolejce czekali na możliwość zamówienia czegoś do jedzenia inni na odbiór z kuchennego okienka. Gorąc i ciasnota nie zachęcały do pozostania w środku nawet mimo silnego wiatru. Położyłem plecak pod ścianą żeby się z nim nie przepychać i zdobyłem pieczątkę w okienku. Wyszła do góry nogami... nie pierwsza zresztą.

Dobrze, że mam swój prowiant. Zajmuję miejsce przed schroniskiem. Obserwując przechodzących turystów zjadam przygotowane kanapki i zagryzam pomidorem. Kilkanaście metrów na wprost ktoś przywiązał dwa pokaźne psy. Widać dobrą tresurę, bo cierpliwie czekały na swojego właściciela nie zaczepiając nikogo przechodzącego obok. Tuż obok mnie ciągle ktoś się przewijał. Ruch niesamowity. Można było bez większego trudu pogrupować wszystkich ludzi na prawdziwych turystów i niedzielnych wypadowiczów. Wiatr nie ustępował równie jak czas więc trzeba było ruszać dalej. Jeszcze chciałem zakupić oscypki w pobliskiej bacówce. Gaździnę minąłem wychodzącą z zagrody. Zaprosiła mnie aby poczekać przy bacówce.

- A gdzie bacówka wiecie? - zapytała

- Wiem, bo już u Was byłem - odpowiedziałem

- To pocekojcie tam

- Pocekom

Gaździna uśmiechnęła się i poszła załatwić coś w starej chałupie. Zdjąłem plecak przed bacówką gdzie wędziły się góralskie specjały. Po kilku chwilach z oscypkami w plecaku byłem już kilkaset metrów dalej na szlaku. Tu ścieżka była wyraźna. Kilka razy szlak tu jest dość kiepsko oznakowany i trzeba było zdać się na intuicję. Na niewielkiej polanie obsadzonej młodnikiem można było po raz ostatni popatrzeć na schronisko, o droga odbijała w kierunku przeciwnym. Wiatr kołysał mocno wierzchołkami drzew. Ale za to słonko przebijało się częściej z za chmur. Właściwie to na tym odcinku nikogo nie spotkałem. Zupełna pustka. Wreszcie ścieżka zaczęła lekko opadać i pojawiła się nowa drewniana brama otwarta jak szeroko, a przed nią informacja, że szlak odbija ostro w lewo. Ja chciałem tu opuścić szlak i zejść do Nickuliny najlepiej czarnym szlakiem rowerowym. Nawet znalazłem znak jednak tylko ten jeden a to nie pozwalało mi wskazać kierunku tego rowerowego szlaku.

Brama, którą tu wybudowano chowała za sobą niewielkie gospodarstwo góralskie. Na podwórku cała rodzina siedziała przed domkiem na ławeczkach. Ktoś zauważył, że czegoś szukam i podszedł bliżej. Starsza pani czekała aż podejdę bliżej.

- Co? Zgubił szlak? - zapytała

- Właściwie nie ale szukam czarnego rowerowego, bo tu jeden znak jest - odpowiedziałem.

Wskazała mi kierunek jednak nie znalazłem ani jednego znaku na drodze wskazanej przez góralkę.
Nie widząc innego wyjścia postanowiłem trzymać się utwardzonej drogi z nadzieją, że zaprowadzi mnie w okolice gdzie zostawiłem samochód. Wędrując tak przez te nieoznaczone okolice wypatrywałem jakiegoś punktu odniesienia. Wreszcie dotarłem do dużej polany i rozwidlenia dróg. W tym miejscu znów znalazłem jakiż czarny znak szlaku rowerowego ale jego kierunek nie pasował do czegokolwiek. Na szczęście z tego miejsca widać było całą Rajczę i nie miałem wątpliwości w którym kierunku trzeba dalej iść tyle, że żadna ścieżka tam nie prowadziła. Po długim jak na tą porę dnia odpoczynku wybrałem ścieżkę, która mimo początkowego kierunku dość innego niż logika by nakazywała zdawała się prowadzić do Nickuliny. Właściwie byłem pewien, że każde zejście w dół tam mnie zaprowadzi. Nie myliłem się. Pierwsza napotkana polana ze słabo widoczną ścieżką wydeptaną jej brzegiem zaprowadziła mnie na skraj sporej wielkości wąwozu, na drugim brzegu którego widać było pierwsze zabudowania Nickuliny. Schodząc w dół dotarłem do rzeki o tej samej nazwie co cała dolina. Teraz jeszcze trzeba było znaleźć miejsce aby na sucho przekroczyć tę przeszkodę i właściwie jestem w domu. Na potwierdzenie właśnie drogą przejechało jakieś auto co znaczyło, że zaprowadzi mnie ona do miejsca skąd wyruszyłem. Znalazłem żółte znaki a to oznacza kierunek marszu drogą w lewo w górę rzeki. Minąłem leśniczówkę i Ośrodek Edukacji Ekologicznej. Jeszcze tylko drewniany most i parking przed kaplicą gdzie zostawiłem samochód. Od tej strony bliżej nie dało się chyba zejść. Następnym razem trzeba tylko baczniej obserwować gdzie znaki malowali, żeby nie przedzierać się niepotrzebnie przez chaszcze jak Tarzan jakiś.

 
  Stronę odwiedziło już 33150 odwiedzających.  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=