Góry, szlaki - moja strona życia...
   
  Góry, szlaki - moja strona życia
  Rybak
 

Słońce powoli chyliło się ku zachodnim krańcom horyzontu. Łapiąc ostatnie jego promienie wystawiłem w jego stronę swoją twarz. I choć dziś nie pokonałem wielu kilometrów to jednak jestem zadowolony, że tu właśnie kończę mój dzień. Jutro będę mógł zacząć od schodzenia w dół, a nie od mozolnego zwykle wdrapywania się na szczyt.
Oparty o nagrzany słońcem mur schroniska siedziałem na zaimprowizowanej ławeczce i wypatrywałem szczegółów na wąskiej linii horyzontu pomiędzy wierzchołkami wielkich wzgórz, a ciągle błękitnym niebem. O tej porze dnia już niewiele osób się tu kręciło, więc można było poczuć się nieco swobodniej. Nadchodzący wieczór sprawiał, że większość turystów schodziła właśnie w doliny, a na górskich ścieżkach pozostali tylko ci, co mają zamiar jutro z rana ruszyć w drogę zaczynając od wysokiego pułapu. I ja  do nich należałem. Nie byłem jednak sam. Jakaś para wylegiwała się wprost na podsuszonej trawie nieopodal ścieżki, ktoś przepakowywał plecak, kto inny czyścił umorusane błotem buty.
Zamknąłem na kilka chwil oczy. Wokół rozbrzmiewał tylko lekki szum wiatru, który nakręcał melodie grane w wysokich na prawie metr kępach traw. Chwilami strzępy ludzkich rozmów wmieszane w ten szum, przerywane były odgłosami przypadkowo przewróconej menażki czy rytmicznym szelestem szczotki do butów. Usłyszałem kroki kogoś nadchodzącego z daleka od strony szlakowej ścieżki. Patrząc pod nisko zwieszone słońce jednym okiem dostrzegłem zarys ludzkiej postaci idącej w naszą stronę. Od razu widać było, że to nie zwykły turysta. Z pewnością można było stwierdzić, że to mężczyzna i to niemały. Kołysząc się z każdym krokiem zbliżał się powoli. Na plecach wielki wór, a w ręku kij do podpierania się. Ponieważ słońce było tuż nad jego głową nie mogłem dostrzec więcej szczegółów. Dopiero kiedy przechodził obok mnie zobaczyłem jego twarz, a właściwie zarost za którą była schowana. Schludnie przystrzyżona broda zakrywała prawie całe oblicze. Na głowie spory kapelusz chował w cieniu oczy i czoło. Zatrzymał się przed wejściem do schroniska i zrzucił plecak. Teraz dopiero odwrócił się do światła i rozbrzmiał donośnym „ Dzień dobry”. Pewnie mówił do wszystkich na zewnątrz, ale tylko ci co siedzieli blisko odpowiedzieli. Przesunął powoli wzrok po najbliższej okolicy jakby badając kto usłyszał. Kiedy spojrzał w moją stronę skinąłem głową w geście odpowiedzi na pozdrowienie. Po chwili zniknął we wnętrzu schroniska zostawiając cały swój dobytek na zewnątrz. Znów zamknąłem oczy i oparłem głowę o mur. Szumiące ciągle na wietrze kłosy traw przynosiły ukojenie moim uszom, a ja łaknąłem tego ukojenia jak wędrowiec na pustyni wody. Wreszcie głód zmusił mnie do powrotu do schroniska. Zająłem miejsce w jadalni w oczekiwaniu na moje skromne zamówienie. Wielki człowiek, który przyszedł tu kilkanaście minut temu właśnie kończył swój posiłek. Usłyszałem jak pyta o nocleg. Więc dziś również on spędzi tu noc.

Następnego dnia rano miałem zejść w dolinę i wdrapać się na kolejną górę, więc przepakowałem swoje rzeczy i przygotowałem termos na rano.

Kiedy wszedłem do sypialni, większość moich sąsiadów zajęta była swoimi sprawami.

Był też mężczyzna, który przyszedł ostatni. Kilka osób cicho ze sobą rozmawiało, więc panował lekki szum. Ktoś zapytał brodacza o cel jego wycieczki.  Kiedy ten zaczął opowiadać, wszyscy nagle ucichli. Tembr jego głosu wypełnił naszą salę na kilka chwil. Nie tyle barwa jego głosu, ale to co powiedział w pierwszym zdaniu sprawiło, że zrobiło się cicho: „Wędruję dziewiętnasty dzień...” Jeśli ktoś miał jeszcze coś do zrobienia to i tak odłożył to na później. Każdy czekał na kolejne zdanie, ciąg dalszy. Rozwiesiłem swój ręcznik i usiadłem na swojej pryczy. Wszystkie oczy zwrócone były na brodatego wędrowca. On jeden nie przerywał tego czym był wcześniej zajęty. Nachylając się nad swoim posłaniem powoli wkładał do plecaka złożone w kosteczkę ubrania. Przez kilka chwil nikt się nie odezwał. Komuś jednak nie dało spokoju wypowiedziane przed chwilą zdanie i zagadnął o szczegóły. Mężczyzna wreszcie usiadł i zobaczył, że wszyscy czekają na odpowiedź. Rozpoczął swoją historię. Był bezrobotnym rybakiem – samotnikiem, zakochanym i w górach i w morzu – jak sam siebie określił. Słuchaliśmy jego opowieści ze dwa kwadranse. Kiedy skończył, miałem wrażenie jakbym znał gościa od dawna. Pięć osób w pokoju poznało właśnie tajemnicę życia, którą on podzielił się z obcymi ludźmi, a wśród nas nie było nikogo, kto mógłby pochwalić się choćby jednym takim dniem.

Rankiem, kiedy się rozjaśniło, naszego bohatera już w sypialni nie było. Nie słyszałem kiedy wychodził. Przywitałem się cicho z tymi, którzy już nie spali i pozbierałem swoje manele. Nasz wędrowca siedział w kącie jadalni dopijając kawę i studiując szczegóły mapy. Zamiast okularów używał starego monokla. Teraz dopiero mnie zauważył, więc przywitałem się, a ten skinął głową w odpowiedzi. W okienku schroniskowej kuchni stał już wrzątek. Na to właśnie liczyłem.

 
  Stronę odwiedziło już 33150 odwiedzających.  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=