Góry, szlaki - moja strona życia...
   
  Góry, szlaki - moja strona życia
  Mała Fatra – relacja użyteczna
 

 

Mała Fatra – relacja użyteczna (jak sądzę)


Podróżując po Słowacji pamiętać trzeba o kilku szczegółach. Walutą płatniczą jest Euro i dobrze jest zaopatrzyć się w odpowiednią ich ilość jeszcze przed wyjazdem. Choć dziś w miastach można bez trudu i kosztów korzystać z kart płatniczych to już w mniejszych miasteczkach może być z tym kłopot.  Kantory wymiany walut bywają czynne tylko w okresie turystycznym. Zaopatrzenie sklepów jest porównywalne z naszym. Sklepy miewają jednak krótszy niż u nas czas otwarcia, a czasem wybór towaru niezbyt bogaty.  Najgorzej chyba jest z wyżywieniem w restauracjach, knajpach czy innych mniejszych punktach gastronomicznych. W sezonie raczej nie ma z tym kłopotu, ale już we wrześniu nawet w miejscowościach uznawanych za turystyczne można mieć kłopot ze znalezieniem lokalu gdzie dałoby się coś zjeść. W dobrych restauracjach słono zapłacimy za obiad, a bywa też, że część oferty dostępna jest tylko w wakacje. Zdarzyło nam się nie napić się nawet piwa z powodu jego braku.

Jeśli decydujemy się na wyjazd własnym samochodem to należy „doposażyć” go w kilka drobiazgów.  Obowiązkowe są zapasowe żarówki i kamizelki odblaskowe w ilości równej ilości pasażerów koniecznie zresztą przechowywane we wnętrzu kabiny, a nie w bagażniku. Słone mandaty sprawiają, że mało jest piratów drogowych przekraczających prędkość choćby o kilka km/h.

Pamiętając o tym wszystkim, spokojnym tempem pomykaliśmy w kierunku Małej Fatry. Zaraz po opuszczeniu małej miejscowości Kubikova ukazał się nam widok panoramy Małej Fatry. Pięknie! Tylko coś za dużo białego koloru było w górnych partiach. To śnieg! Tak, tak. W połowie września to całkiem możliwe, a nawet powiedzieć trzeba normalne. Główna grań Małej Fatry sięga ponad  1200m npm, więc wyżej niż przeciętna wysokość Beskidu Żywieckiego czy Śląskiego. Małej Fatrze dorównuje tylko Pilsko i Babia Góra. W „naszym” Beskidzie złota jesień, a tym czasem tu już pierwsze oznaki zimy.

Do Terchovej, gdzie zamierzaliśmy spędzić nadchodzący tydzień zostało już tylko kilka minut jazdy. Tego dnia nie wybieraliśmy się już w góry, ot tylko mały spacer po miasteczku. O tej porze roku niewiele turystów się tu kręci, więc jest cicho i spokojnie. Sprawdziliśmy rozkład jazdy autobusów (warto zrobić po prostu zdjęcie i już), a resztę dnia spędziliśmy na przepakowaniu plecaków przed planowanym na następny dzień wyjściem.

Rankiem, po niezbyt spiesznym śniadaniu, wraz z Asią – moją żoną i towarzyszką górskich wycieczek, postanowiliśmy „Janosikową Ścieżką” wejść na pobliskie skały o nazwie Tiesnavy, a potem zejść przez Obsivankę zataczając pętlę. Brama skalna doliny Vratna, przez którą poprowadzono asfaltową drogę wygląda imponująco. Z obu stron strzeliste skały wapienne porośnięte świerkami, a w samym dnie przy drodze płynie rwąca rzeka. Wreszcie wejście na szlak. Dziś jest dość mokro, więc zakładamy ochraniacze. Widzieliśmy wczoraj w miasteczku turystów wracających ze szlaku po kolana umorusanych w błocie. Z asfaltu skręcamy za ścieżką w prawo i od razu robi się bardzo stromo. Są pierwsze łańcuchy, ale mijamy je trochę innym wariantem, bo skały w tym miejscu są potwornie śliskie. Słychać jak gdzieś nad naszymi głowami kapie woda. Wszędzie jej pełno, chociaż nie pada. Zaledwie kilkanaście minut wspinaczki wyprowadza nas na wychodnię skalną skąd roztacza się widok na drogę i część doliny. Wydaje się wysoko. Niestety chmury wiszą dość nisko i zasłaniają dalej położony masyw Małej Fatry. Robimy kilka fotek i idziemy dalej. Ciągle jest stromo pod górę. Co kilka chwil jednak pojawia się zniewalający widok w dół, rekompensując trud wejścia. Wreszcie wchodzimy na bardziej zadrzewiony odcinek szlaku. Zamiast dalekich widoków mamy teraz w zasięgu wzroku wspaniałe formacje skalne. Szlakiem przechodzimy wprost pod nawisem skalnym ciągnącym się kilkadziesiąt metrów, jakby ktoś zrobił podkucie poszerzające ścieżkę. Przed końcem tego nawisu trafiamy do niewielkiej jaskini w skale. Niestety jest zaśmiecona. Wreszcie docieramy do miejsca, gdzie szlak zmienia nieco bieg i drugim stokiem omija wysoką skałę, by po chwili niewielką drabinką znów wrócić na stok, którym wchodziliśmy. Po kilku minutach docieramy do Przełęczy Małe Noclahy. Tu dopada nas chmura i deszcz. Wracamy kilka metrów chowając się pod skałę. Wokół mglisty obłok i kapiąca woda, a my pod wielkim nachylonym skalnym nawisem nie przejmujemy się zbytnio, mając nadzieję na szybką poprawę pogody. Postanowiliśmy coś zjeść. Wtem z przełęczy dotarły do nas jakieś głosy. Nie wiedzą, że tu jesteśmy. Weszli od drugiej strony i teraz pewnie zastanawiają się co robić dalej. Po kilku chwilach już ich nie słyszymy. Pewnie postanowili wrócić. Wkrótce przestało padać, więc ruszyliśmy dalej. Resztki chmur powędrowały w przeciwną stronę i wyszło nawet słońce. Myślałem, że to już koniec atrakcji i zejście będzie monotonne, jednak jak później się przekonałem, wcale tak nie było. Dolina Obsivanki to nieruszona ludzką ręką enklawa dzikiej przyrody. Strzeliste, skalne wieże, ostre iglice, tarasy skalne i ścieżki zawieszone nad urwiskiem, to tylko niektóre zjawiska, które na nas czekały. Pod nogami ciągle coś się zmieniało. Raz strome skalne stopnie innym razem wielkie korzenie. Nie było mowy o nudzie. Z przeciwka wchodziły dwie kobiety. Zagadały nas po słowacku o szlak. Wymiana informacji okazała się całkiem nietrudna, mimo nikłej naszej znajomości języka. Schodząc w dolinę znów trafiliśmy na deszcz. Teraz nie mieliśmy się gdzie schować, więc nie pozostało nam nic innego jak założyć kapoty i iść dalej. Doszliśmy już do strumienia na dnie doliny. Szum wody spływającej z gór mieszał się z kroplami deszczu odbijającymi się od liści i gałęzi, a nasze lekko szeleszczące kurtki nie pozwalały nasłuchiwać innych dźwięków. Gęstym lasem szliśmy w deszczu wzdłuż strumienia. Pod wielkim rozłożystym świerkiem postanowiliśmy się zatrzymać, by ocenić nasze położenie. Kilkanaście metrów dalej las się kończył, więc byliśmy u wylotu z doliny. Jeszcze tylko parę chwil i wejście na drogę wprost pod nasz pensjonat. Wtedy okazało się, że na polanie za lasem deszcz wcale nie padał. Trawa była zupełnie sucha.

Następny dzień przyniósł nam nieco lepszą pogodę. Autobusem dojechaliśmy do dolnej stacji wyciągu kabinowego na Snilowskie Sedlo(1524 mnpm). Bilety autobusowe można kupić u kierowcy przy wsiadaniu. Trzeba tylko wiedzieć jak nazywa się przystanek, na którym chcemy wysiąść. Najlepiej zapamiętać go z rozkładu jazdy. Trochę opryskliwy kierowca udając, że kompletnie mnie nie rozumie, zmusił mnie do odrobiny wysiłku, aby po słowacku zakupić dwa bilety w jedną stronę do końcowego przystanku pod wyciąg. Dobrze jest mieć w kieszeni przygotowane kilka euro w drobnych. Plecaki obowiązkowo należy trzymać w ręku, a nie na plecach. Nie wolno też ich kłaść na siedzeniach. W autobusie większość pasażerów to turyści. Na końcowej pętli wszyscy wysiedli. Jeśli chcemy wracać z tego samego przystanku, warto sprawdzić godzinę odjazdu ostatniego kursu. Nasz plan zakładał zejście do Starego Dworu. To przystanek wcześniej, więc wystarczyło skorygować tutejszy rozkład o dwie, trzy minuty.

Na Snilowskie Sedlo (1524 mnpm) dostaliśmy się w sposób prosty, acz niezbyt chwalebny i dość drogi. Gdybyśmy wchodzili pieszo szlakiem mogłoby nam zabraknąć czasu, a przecież chcieliśmy przejść tego dnia niemały odcinek.  W ramach atrakcji turystycznych zdecydowaliśmy się, więc wjechać na górę wagonikiem.

Z tarasu widokowego budynku górnej stacji tego dnia niewiele można było zobaczyć. Chmury uparcie wisiały tuż pod naszymi nogami, a także nieco ponad głowami. Trochę jednak wiało i to pozostawiało nadzieję na rozpędzenie tej zmory turystów. Zrobiło się nieco chłodno, więc ubraliśmy się nieco przed wejściem na najwyższą górę Małej Fatry – Velky Kryvan (1709 mnpm). Jak na taką pogodę to całkiem sporo ludzi. Im wyżej wchodziliśmy tym chmury stawały się gęstsze. Jeszcze kilka chwil wcześniej, na przełęczy wiatr rozganiał je ukazując na krótko nasz cel. Teraz już nie było widać nawet najbliższej okolicy. Innych turystów najpierw słyszeliśmy, a dopiero kiedy zbliżali się na kilkanaście metrów mogliśmy dostrzec ich postacie. Słupek z tabliczką oznajmiającą nazwę szczytu widać dopiero z kilku metrów. W mglistej scenerii robimy sobie kilka fotek i chowamy się przed wiatrem tuż za szczytem. Nie siedzimy jednak zbyt długo, bo przed nami jeszcze spory kawałek drogi. Odnajdując czerwone znaki idziemy we mgle, a raczej w chmurach. Przy ładnej pogodzie orientacja byłaby o wiele prostsza, teraz jednak trzeba było ściśle trzymać się szlaku, co nie jest takie oczywiste. Ścieżka rozdeptana jest we wszystkie możliwe kierunki i chociaż z pewnością wszystkie jej warianty łączą się ze sobą prędzej czy później, to jednak nie zamierzałem ryzykować powrotu z „nieznanego”.

Przez chwilę miałem nawet wątpliwości, czy ciągle idziemy za szlakiem. Rozwiał je wreszcie podmuch wiatru ukazując w oddali tabliczkę szlakowskazu. Mijając urwisko Pekelnika (1609 mnpm) docieramy do przełęczy Bublen (1510 mnpm) i  tu szukamy miejsca na dłuższy odpoczynek. Zanim jednak decydujemy się na przerwę, doszliśmy, aż do węzła szlaków na Chrapakach (1417 mnpm).  Tu już nie ma chmur i całą Dolinę Vratną widać po Stefanową i dalej. Żal tylko wyższych partii nadal owiniętych kłębami białych chmur. Widok mamy piękny. Przed nami przełęcz za Kraviarskim (1230 mnpm) i podejście na Kraviarske (1360 mpnm). Jego szczyt kusi widokiem we wszystkie cztery strony świata. Na północy Beskid Morawski, Śląski i nieco na wschód Żywiecki. Na wschodzie Tatry, a przed nimi wyróżniający się Wielki Chocz (1608 mnpm). Od południa Wielka Fatra przysłonięta nieco masywem Velkiego Kryvania (1709 mnpm). Na zachodzie zaś Beskid Śląsko-Morawski. Tak przynajmniej powinno być, bo znów prawie wszystko za chmurami. Zejście przez skalną grzędę zaprowadziło nas wprost pod zalesiony stok Żitnego (1265 mnpm). Na ostanie dziś Baraniarky (1270 mnpm) prowadzi ścieżka wśród skał i drzew. Szczyt nie oferuje zbyt wiele, ale jednak skalne urwisko stanowi doskonałą platformę widokową na północny zachód. Długie i męczące zejście wiedzie aż do przełęczy Sedlo (916 mnpm). Cały czas schodzimy lasem w półcieniu. Po nocnych opadach ścieżka jest koszmarnie śliska. Niewiele pomagają kije trekkingowe. Jest stromo i mokro. Leśny odcinek oferuje nam sporo wrażeń. Co kilkanaście metrów osuwamy się  nieco po rozmokłym podłożu. Oblepione gliną buty Asi nagle zupełnie tracą przyczepność powodując upadek i zjazd na tyłku. Obawiając się kolejnych upadków, dalej idziemy znacznie wolniej. Wreszcie jest przełęcz Sedlo (916 mnpm). Odpoczynek przy nieco przechylonej zapewne pod naporem śniegu i wiatru wiacie bardzo się przydaje. Do Starego Dworu (605 mnpm) zostało nam jakieś półtora godziny. Będziemy mieli niewielki zapas czasu do ostatniego autobusu.

 

Kolejny ranek pozbawił nas złudzeń na ładne widoki ze szczytów. Mżyło od samego rana, więc postanowiliśmy spędzić czas w miasteczku. Spacer po Terchowej, choć krótki dobrze nam zrobił. Po drodze wstąpiliśmy do „centrum sportowego” Terchovec, gdzie można wskoczyć do basenu, pograć w squasha albo kręgle, wygrzać się w saunie, skorzystać z siłowni, czy wreszcie zjeść pizzę. Wieczorem jednak się rozpogodziło i można było obserwować piękny zachód słońca z pobliskiego wzniesienia zwanym Krizova Hora, co znaczy Góra Krzyżowa. Prowadzi na jej szczyt wygodna ścieżka z drogą krzyżową, a pod krzyżem są ławeczki z widokiem na całe miasteczko. Wiadomo już było, że następnego dnia pogoda będzie lepsza.

 

Rankiem następnego dnia, korzystając z poprawy pogody, busem do Stefanowej, a dalej szlakiem pognaliśmy prosto do Janosikowych Dier. Wśród gęsto porośniętych drzewami, mocno opadających zboczy wąwozu poprowadzono jeden z najpiękniejszych szlaków Małej Fatry. Nieskończona liczba mostków, kładek i drabinek ułatwia przejście wzdłuż strumyka. Warto przed wejściem do wąwozu spojrzeć na tablice informacyjne i zastosować zalecony kierunek marszu. Spory ruch turystyczny zwłaszcza w wakacje i weekendy sprawia, że na drabinkach i w wąskich przejściach tworzą się korki. Nie sposób ich ominąć. Żeby zwiedzić jednorazowo cały szlak, najlepiej rozpocząć wędrówkę w Stefanowej. Tam kierujemy się do przełęczy Podziar, gdzie w sezonie funkcjonuje chata turystyczna z małą gastronomią. Niestety na nocleg tu nie można liczyć, ale najbliższe pensjonaty są oddalone od tego miejsca o zaledwie kilkanaście minut marszu. Z Podziaru idziemy w lewo z biegiem strumienia i zwiedzamy Dolne Diery. W niecałe pół godziny docieramy do rozstaju szlaków i tam skręcamy do Nowych Dier w prawo. Pierwszy etap jest bardzo ciekawy. Wysokie skały, duże głazy, wysokie drabinki i wodospady, a także wąskie szczeliny, którymi trzeba się przedostać. Ich pokonanie przynosi wiele satysfakcji. Wreszcie wspinamy się nieco i trawersujemy zalesione zbocze Rownej Hory. Po drodze mijamy taras skalny nad Dierami. Niestety wysokie drzewa zasłaniają znacznie widok. Po deszczu na tym odcinku może być bardzo ślisko. Docieramy znów na Podziar i kierujemy się tym razem w górę strumienia. Znów drabinki, kładki i łańcuchy. Warto zabrać dobrze dopasowane rękawiczki dla ochrony rąk przed tym żelastwem. Hornymi Dierami i Tesną Rizną docieramy do polany Pod Tanecnicą. Tu trzeba podjąć decyzję: powrót zielonym szlakiem do sedla Vrchpodziar i dalej żółtymi znakami do Stefanowej, albo kontynuacja wycieczki przez jeden z Rozsutców. Można też obejść Velki Rozsutec (1610 mnpm) i wrócić do Stefanowej przez Medziholie. Niestety to nie jest łatwy szlak. My zdecydowaliśmy się na wariant przez Mały Rozsutec (1343 mnpm) i zejście do Białego Potoku w ostatniej chwili, będąc już prawie pod szlakiem wejściowym Małego Rozsutca. O tym jednak za chwilę.

Wybierając się na wycieczkę do Janosikowych Dier trzeba koniecznie przymocować wszystkie dyndające rzeczy do plecaka. Nie składane kije trekkingowe będą tylko przeszkadzać. Trzeba też pamiętać o odpowiednim zabezpieczeniu sprzętu fotograficznego. Łatwo wśród tych skał i poręczy go uszkodzić, a i o zachlapanie nietrudno. Nie zatrzymujmy się bez potrzeby na drabinkach. Nie ma nic bardziej denerwującego jak ktoś obracający się na górze drabinki, żeby zrobić komuś kilka zdjęć. Przepuśćmy innych i poczekajmy, aż zrobi się luźniej. Nikt przecież nie chce mieć na zdjęciach nieznajomych twarzy. Nie próbujmy iść szlakiem „pod prąd”. To całkowita katastrofa dla płynności ruchu. Chyba, że wybraliśmy się w środku tygodnia w inne miesiące niż wakacyjny lipiec czy sierpień. Jednak w ładne weekendy może być ciasno też od maja do października.

Było zaledwie tuż po południu, więc podjęliśmy decyzję o kontynuowaniu naszej wycieczki przez Mały Rozsutec (1343 mnpm) i powrót drugim jego stokiem przez  Biały Potok.

Stojąc pod ścianą góry i patrząc z daleka na malutkich ludzików na półce skalnej, miałem obawy co do tego pomysłu, ale moja towarzyszka zapewniała mnie, że spokojnie da rady.

O Małym Rozsutcu trzeba wiedzieć kilka rzeczy: choć „mały” to jednak  ponad 1340 m plasuje go dość wysoko na tle takich np. Beskidów Żywieckich. Po drodze występują dość znaczne ekspozycje, co może przyprawić nieco trudności mniej obieganym turystom. Kilka fragmentów z łańcuchami powoduje, że tworzą się tu notorycznie korki. Czasy podane na mapach trzeba często znacznie korygować. Przez szczyt prowadzi tylko jeden szlak i to jednokierunkowy! Wiele osób o tym nie wie lub nie chce wiedzieć i świadomie ignoruje kierunek ruchu. Skutkuje to niesamowitym zamieszaniem w wąskich miejscach i na szlaku zejściowym. Wchodzimy tylko szlakiem południowym od strony przełęczy Medzirozsutce, a schodzimy ze szczytu przez osadę Podrozsutec do Białego Potoku. To tam zatrzymują się busy z Terchowej i tam można też zacząć wędrówkę wchodząc do Janosikowych Dier. Konieczne będą dobre buty górskie z twardą podeszwą. Adidasy mogą być po prostu niebezpieczne. Zwłaszcza szlak zejściowy jest szczególnie trudny, bo na dłuższym odcinku już pod samym szczytem zalega sporo luźnych kamieni. Łatwo zjechać razem z nimi, gdyż nie ma tu zbyt wiele łańcuchów. Sytuację ratuje obszernie rosnąca kosówka, która wytrzymuje chwyty tysięcy turystów. Czasem wygląda to dość komicznie, ale naprawdę bywa pomocne.

Wchodząc, już po kilkunastu minutach znaleźliśmy się przed pierwszymi łańcuchami. Na szczęście korek się już prawie rozładował. Niewielka kładka pomaga przejść nad rozpadliną skalną. Uważnie wybierając miejsca podparcia dla stóp i dla rąk chwytałem za rękę Asię i pomału „wciągałem” ją za sobą pokonując kolejne progi skalne.

Na szczycie, jak się spodziewałem, było już sporo ludzi. Trudno znaleźć sobie miejsce na odpoczynek. Po krótkim, ale dość trudnym wejściu chciałoby się nieco odsapnąć, a tu klops. Widok z góry jest wręcz paraliżujący nie tylko ze względu na piękno Małej Fatry ale i dlatego, że stoi się na krawędzi kilkusetmetrowej ściany. Choć chmury zawieszone dość nisko zasłoniły wierzchołki wyższego brata – Velkego Rozsutca, to i tak panorama była wspaniała.

Nie czekaliśmy, aż się rozluźni, bo ciągle ktoś przychodził, a niewiele osób schodziło. Na szczycie były też rodziny z naprawdę małymi jak na tę górę dziećmi. Dziwiłem się, jak oni tu dotarli, ale nie wiedziałem jeszcze jakie trudności przyniesie nam zejście. Później będę się dziwił bardziej, jak oni poradzą sobie z zejściem.

Nie chcąc utknąć za rodzinami z dziećmi ruszyliśmy w dół.

Już po chwili wiedziałem, że łatwo nie będzie. Nogi same jechały na luźnym podłożu. Łańcuchów nie ma. Przepuściliśmy kilka osób nie chcąc tamować zejścia. Na nic to się zdało, bo minutę później wszyscy utknęliśmy w korku. Ktoś niżej nie mógł sobie poradzić z trudnościami zejścia. Asia miała niepewność wymalowaną na twarzy. Zamieniliśmy się miejscami. Teraz ja byłem znów pierwszy i wybierałem dla nas warianty zejścia. Co rusz to znów ktoś niżej tamował ruch. Za nami też zrobiło się ciasno. Ludzie się niecierpliwili nie widząc za wysoką kosówką co się dzieje niżej. Na nic delikatne sugestie o zachowanie spokoju i cierpliwość (okazało się, że wokół nas są prawie sami Polacy - pewnie jakaś wycieczka). Ktoś wyżej zaczął nogą kopać w podłożu zrzucając nie tylko drobne kamienie, ale i kilka większych. Krzyknąłem: „Uwaga! Kamień!” i  natychmiast usunąłem się z drogi spadającym odłamkom. Podnieśliśmy się razem z ziemi i „zjechaliśmy” równo małolata przywołując do porządku jego rodziców. Kilka osób zresztą się przyłączyło. Jeszcze kilka razy trzeba było unikać strącanych kamieni, ale te poleciały zupełnie przypadkiem. Schodzący przed nami Słowak nic nie mówił, ale widać było, że nie idzie takim szlakiem pierwszy raz. W przeciwieństwie do tych co byli za nami, nie wieszał się nikomu ani na plecach, ani na tej samej gałęzi kosówki, czy nielicznie występujących luźnych i niepewnych łańcuchach. Raz nawet nie wytrzymałem i widząc strach w oczach mojej żony stanowczo zwróciłem uwagę gościowi idącemu za nami, aby nie chwytał łańcucha, kiedy kto inny na nim wisi, co zresztą zostało potraktowane jak żart. Postanowiłem przepuścić ignorantów w najbliższym dogodnym miejscu. Mijając się niżej nieco wyjaśniliśmy sobie delikatnie powagę sytuacji. Asia właśnie dostała pierwszych objawów „telegrafistki”, czyli dygotania ze strachu. Na pewno w takiej sytuacji nie były nam potrzebne niestosowne żarty. Na szczęście już niewiele dzieliło nas od granicy lasu, gdzie stromizna znacznie odpuściła. Strach Asi też.

Zejście tym odcinkiem zajęło nam sporo czasu, więc nie zatrzymywaliśmy się na odpoczynek. Pewnie dlatego nogi mojej żony nie wytrzymały i zaliczyła odjazd po śliskiej, stromej ziemi i upadek. Na szczęście oprócz dumy nic sobie nie stłukła.

Na łące tuż za Podrozsutcami postanowiliśmy trochę odpocząć. Mały posiłek się przydał. Miło było mieć w zasięgu wzroku szczyt dopiero co zdobytej góry i świadomość niedawnej tam obecności. Siedzieliśmy na łące wśród nielicznych krokusów. Mijali nas kolejni turyści, ale wśród nich nie było tych z dziećmi. Czyżby zawrócili do szlaku przez Diery? Nie dowiedziawszy się tego, ruszyliśmy przez las za zielonymi znakami do szosy. Prawie godzinę zajęło nam dotarcie do Białego Potoku. Tu czekały autokary na turystów spotkanych na górze. Niestety nasz ostatni tego dnia środek lokomocji odjechał już bez nas. Pozostało nam tylko pomaszerować wzdłuż szosy. Było tego jakie trzy i pół kilometra... ale było warto.

 

Podsumowując nasz pobyt w Małej Fatrze trzeba powiedzieć, że kilka dni to trochę za mało, zwłaszcza kiedy pogoda w kratkę. Warto tu wrócić i zwiedzić te ścieżki, którymi nie udało się przejść. Po bliższym poznaniu miasteczka łatwo znaleźć dla siebie wygodny nocleg, dobrą knajpkę czy nawet zaułek dający spokój i czas do przemyśleń. Łatwość przemieszczania się tutejszymi środkami komunikacji miejskiej sprawia, że nasze auto tylko raz opuściło parking i to wyłącznie z powodu deszczu. Na pewno tu jeszcze wrócimy.

P.S.  Niecały rok później wydarzyła się rzecz niesamowita. Otóż w lipcu 2014r Dolinę Vratna nawiedziła burza jakiej nie było tu jeszcze. Wiele szlaków zostało dosłownie zmytych z gór. Podobnie jak i droga dojazdowa od Terchowej.

Lawina błota i kamieni porwała pól setki samochodów parkujących w różnych miejscach w dolinie. Uwięzionych zostało 120 osób. Zniszczeniu uległa dolna stacja kolejki gondolowej i Chata Vratna. 65 litrów wody na metr spadło w ciągu jednej godziny!

Przestrzegam, aby przed wyjazdem dobrze się przygotować i zasięgnąć informacji o stanie i dostępności szlaków.

Czytając relację z pobytu w tych chwilach tam właśnie, w pewnym czasopiśmie tematycznie związanym z górami, długo nie mogłem uwierzyć w prawdziwość wydarzeń. A jednak...

 
  Stronę odwiedziło już 33150 odwiedzających.  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=