Góry, szlaki - moja strona życia...
   
  Góry, szlaki - moja strona życia
  Kominkowy kąt
 

Gorący kubek ze schroniskową herbatą zaczął właśnie parzyć mnie w dłonie, choć przyniosłem go z okienka schroniskowej kuchni już kilka chwil temu. Przycupnąłem jak zwykle tuż za kominkiem i oparty o kanał wylotu spalin próbowałem rozgrzać się po zbyt długim marszu z doliny. Gdzieś w połowie drogi, tam na szlaku zatrzymałem się  na kilkadziesiąt minut wpatrując się w pokryte piękną śnieżną bielą przeciwległe stoki rozświetlone południowym słońcem. Jedna, druga, piąta fotka, a czas nieubłaganie biegł. Straciłem mnóstwo ciepła. Zmarzłem wręcz na kość. Bezwietrzna do południa pogoda zmieniła się w wietrzną i zimną śnieżycę. Już się nie zagrzałem w drodze. Dobrze, że jest tu w schronisku taki kąt gdzie lubię schować się przed światem. Tego dnia w jadalni byłem tylko ja i trzech nieznanych mi chłopaków. Rozmawiali cicho o planach na kolejny dzień kończąc posiłek. Wyglądali na dobrze zorientowanych w tych okolicach. Próbowałem podsłuchać treść ich rozmowy, ale poza kilkoma luźno rzuconymi zdaniami nic mi się nie udało konkretnego usłyszeć.

Po kilkunastu minutach wreszcie zaczęło docierać do mnie jakieś ciepło i zacząłem powoli normalnie funkcjonować. Cholera, przesadziłem z tym marszem, a właściwie z odpoczynkiem na tej polanie. Mogłem przecież odmrozić sobie palce, albo co innego... Zimowa wyrypa na górskie szlaki znacznie różni się od letnich wypadów w górskie ostępy. Popełniłem błąd tracąc dużo ciepła, a potem energii przy próbie rozgrzania się po przerwie. Palce rąk i nóg swędzą jak diabli. Psiocząc w myślach na siebie samego zdjąłem buty i polar. Za oknami schroniskowej jadalni całkiem już poszarzało. Chłopaki poszli do sali dogadać zapewne szczegóły dalszej ich wędrówki, a ja zostałem sam ze swoim plecakiem. Miałem w nim jeszcze „coś na ząb”, więc rozłożyłem się wygodniej przy kominku. Rozmyślałem sobie trochę patrząc w bliżej nieokreśloną przestrzeń za lekko zmrożonym oknem. Nie miałem na jutro sprecyzowanych planów, więc przeglądałem mapę okolic. Mijały kolejne kwadranse i nad kubkiem dawno przestał unosić się miły obłok gorącego napoju. Zamówiłem więc nową porcję tym razem „po góralsku”. I tak tego wieczora już nigdzie się nie ruszam. Łóżko dostałem w wolnym pokoju, ale nie zostałem sam w sypialni. Gorącą kolację zjadłem znów w towarzystwie chłopaków z sąsiedniej sali. Szybko się zwinęli, bo jak mówili, chcą wcześniej ruszyć. Na po południe meteo znów zapowiadało wiatr, więc chcieli zdążyć przenieść się pod Rycerzową przed zadymką. I słusznie. Nie byli zbyt rozmowni, tak jak ja zresztą, ale nie mam pretensji. Wymieniliśmy się podstawowymi informacjami i wystarczy. Znów usiadłem przy kominku. Traktuję to miejsce dość osobiście, ale nikogo nie przegoniłbym, gdyby było zajęte. Zdarzyło się to tylko raz i to wcale nie w letni, tłoczny zwykle weekend, a właśnie zimą w ubiegłym roku. Zaszedłem sobie tu do schroniska i zwyczajnie, nie specjalnie się rozglądając skierowałem swój krok pewnie za kominek. W ostatniej chwili zobaczyłem starszego pana z siwą brodą siedzącego na „moim” miejscu czytającego książkę. Był bardzo zaskoczony moim pewnym krokiem i chyba się nawet przestraszył. Na szczęście znalazło się wtedy kilka centymetrów dla mnie i pogawędziliśmy sobie wyjaśniając zajście. Okazało się, że on „odkrył” ten kątek w zupełnie tych samych okolicznościach co ja. Tyle, że piętnaście lat wcześniej. Tak jak i mnie i jego przywiodła tu pogoda. Nieplanowany w tym miejscu nocleg spowodowany wichurą i deszczem. Wypiliśmy wtedy po herbatce i rozeszliśmy się do swoich spraw. Pamiętam, kiedy tu pierwszy raz usiadłem byłem mokry jak szczur. Zacinający w ten czas deszcz w połączeniu z niewiarygodnie silnym i zimnym wiatrem nie zostawił na mnie  suchej nitki. Wystarczyły trzy godziny takiej mordęgi, bym padł zaraz po ogrzaniu się. Nikogo wtedy nie było w schronisku. Nawet obsługa gdzieś znikła. Usiadłem i zasnąłem jak miś. Obudził mnie rumor przewracanego krzesła, kiedy wrócił gospodarz. Uśmialiśmy się obydwaj, kiedy okazało się, że wystraszyliśmy samych siebie nawzajem.

Wspominając początki kominkowej znajomości z tym schroniskiem, nie zauważyłem nawet późnej już pory. Noszony zawsze w plecaku notatnik zapełniłem szybko kilkoma zdaniami zostawiając sobie kilka wersów na dopisanie ich później. Przed zaśnięciem zerknąłem jeszcze kilka razy za szybę w oknie mojej sypialni. Wiatr jakby ucichł, ale nie wyszedłbym teraz z ciepłej izby za nic na świecie. Dziś dość już zmarzłem. Nawet szybko zasnąłem. Schodząc na śniadanie dowiedziałem się, że chłopaki ruszyli skoro świt. Nic nie słyszałem. Za oknem piękny poranek. Ostre słońce dopieszczało każdy szczegół na świerkach wokół schroniska. Obsypane świeżym śniegiem skrzyły się bajecznie. Minus osiem stopni na okiennym termometrze, a ja zacząłem jednak myśleć o krótkim choć wypadzie na pobliskie wzniesienie. Po śniadaniu zdecydowałem się na małe wyjście w las. Wypożyczyłem rakiety i ruszyłem tam gdzie nie widać śladów ludzi na śniegu. Jest coś takiego w przecieraniu szlaku, co powoduje głęboką satysfakcję. Świadomość tego, że dziś właśnie to ja jestem pierwszy na tym szlaku dodaje mi sił, więc ruszam z większą tym bardziej ochotą. W czasie letnich eskapad, nawet gdyby wyjść bardzo wcześnie rano, nie ma tego efektu, bo zawsze widać jakieś ślady. I nie wiadomo czy są to ślady wczorajsze, czy może ktoś jednak już przed nami tędy przechodził. Zima daje wręcz gwarancję, że jest się pierwszy na tym szlaku jeśli tylko nie pada śnieg i nie wieje wiatr, który zawiałby natychmiast wszelkie tropy. Tego ranka była cisza jak w kościele.



Powoli poruszałem się po niczym nie skalanym świeżym puchu zostawiając za sobą dziwaczne ślady rakiet. Las raz zupełnie rzadki pozwalał daleko spojrzeć w jego głębię, a raz gęstniał niczym bór, ukrywając wszystko co znajduje się już za pierwszymi drzewami. Dla zwykłego mieszczucha taki obrazek byłby wręcz monotonny, ale ja widzę w nim więcej niż surowe pnie drzew. Czasem wśród nich rośnie kontrastująca czerwienią jarzębina czy kalina. Czasem wśród krzaków zobaczyć można gniazdo jakiegoś ptaka, albo kępę srebrzystych traw ułożonych w arcyciekawą kompozycję jakby żywcem wyjętą z rąk kwiaciarki. Czasem nawet zając kicnie gdzieś z boku, albo co większego... Trzeba tylko ciszy i cierpliwości. Bogato zdobione białym puchem rośliny rozświetlone promieniami słońca tworzą atmosferę niesamowitej harmonii, estetycznego wzoru, niczym z obrazka.

Zachwycając się otaczającym mnie światem dotarłem najpierw do szczytu, a potem do skraju lasu gdzie ciągle moje ślady były jedynymi w okolicy.

Nagle otwiera się przede mną scena jakiej się nie spodziewałem zobaczyć. Zamarłem w bezruchu. Na szerokiej przecince leśnej, gdzie jesienią można zebrać jagody wielkości winogron, gdzie szlak biegnie idealnie prosto przez kilkaset metrów pokonując siodło pomiędzy dwoma wzniesieniami, stało z tuzin saren i jeden wielki jeleń. Pan tego stada. Coś tam skubały spod śniegu od czasu do czasu podnosząc łby i rozglądając się dookoła wypatrywały niebezpieczeństw. Stanąłem niewątpliwie w zasięgu ich wzroku, ale w bezruchu mogłem się zlewać z czarnymi pniami drzew. Trzymając ręce na kijkach, bałem się wykonać jakikolwiek ruch, żeby stada nie wystraszyć. Stałem tak dobrą minutę po czym zauważyłem, że na szlaku po drugiej stronie siodła stoi jakiś człowiek. Stał tak jak ja w bezruchu z jedną nogą wyraźnie wysuniętą w wykroku. Patrzyliśmy na stado stojąc dokładnie na przeciw siebie w odległości mniejszej niż sto metrów. Pomiędzy nami zwierzęta. Po kilku chwilach zdałem sobie sprawę, że taka sytuacja nie będzie trwać w nieskończoność i wcale nasze pozycje nie były bezpieczne. Pomyślałem, że jeśli któryś z nas wystraszy stado, może ono zerwać się do ucieczki dokładnie w przeciwnym kierunku niż intruz, a wiec w kierunku drugiego z nas. W rakietach na nogach trudno będzie uskoczyć w bok ustępując rozpędzonemu stadu. Wtedy też uzmysłowiłem sobie, że w plecaku mam aparat. Kilka chwil wcześniej fociłem jakieś oszroniałe krzaczyska, a tu taka gratka. Tylko jak tu wyjąc sprzęt i robić zdjęcia nie narażając stada i drugiego obserwatora na stratowanie. Miałem wrażenie, że ten z przeciwka zdawał sobie z tego również sprawę. Tylko co robić? Jak by nie było to dzikie zwierzęta. Staliśmy tak jeszcze dobre kilka minut kiedy nagle przewodnik stada rozdarł się donośnym basem i powoli dostojnym krokiem ruszył wśród samic w moją stronę. O szlak! – pomyślałem, ale nie ruszyłem nawet palcem w bucie. Stado pomału ruszyło za przewodnikiem i nie było wcale mi do radości. Zwierzęta przesuwały się niezupełnie dokładnie w moim kierunku, ale szły coraz bliżej i bliżej. Równym krokiem minęły mnie o piętnaście, dwadzieścia metrów. Spociłem się jak kot. Krople potu leciały mi po plecach i pod czapką. Sarny powoli się oddalały. Przeszły jak niby nic. Ruszyłem powoli i ja przed siebie, a mój współobserwator z przeciwka ruszył w moim kierunku. Spotkaliśmy się tam gdzie przed minutą stało stado.
-         Cześć!
-         Cześć. Uwierzyłbyś gdyby Cię tu nie było?
-         Hmm.
Razem, po moich śladach wróciliśmy do schroniska. Zupa chmielowa nie oparła nam się tego wieczora. To co widzieliśmy tam na przełęczy zostawiliśmy dla siebie. Długo siedzieliśmy w jadalni, a kominek trzaskał miło grzejąc stopy.


 

 






Dodaj komentarz do tej strony:
Twoje imię:
Twój adres email:
Twoja strona:
Twoja wiadomość:

 
  Stronę odwiedziło już 33150 odwiedzających.  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=