Góry, szlaki - moja strona życia...
   
  Góry, szlaki - moja strona życia
  Krawaty pod Biskupią
 


W Góry Opawskie wybraliśmy się trochę jakby przypadkiem. Niezbyt rozległy to masyw to i zainteresowanie niewielkie. Jednak będąc w drodze na Jeseniki zatrzymaliśmy się w schronisku PTSM w Pokrzywnej. Takie schronisko nieco się różni od często zatłoczonych schronisk PTTK traktowanych jak budka z piwem na szlaku. Nie ma tu bufetu choć jest jadalnia. Posiłki można przygotować korzystając z ogólnodostępnej kuchni. Korytarz, sale sypialne, gabinet kierownika. Czysto, schludnie. Dostaliśmy pokój dwuosobowy za niewielkie pieniądze. Rozpakowaliśmy się i postanowiliśmy zwiedzić najbliższą okolicę. Sine niebo nie zapowiadało polepszenia aury, więc posiedzieliśmy do obiadu w kilku lokalach. Jednak szkoda nam było popołudnia. Zweryfikowałem kilka wariantów podejść na Kopę Biskupią i postanowiliśmy zaryzykować. Może nie będzie padać...

W Jarnołtówku zostawiliśmy samochód. Z tamtejszego parkingu, gdzie zaczyna swój bieg ścieżka dydaktyczna ruszyliśmy, aby wejść na szlak. Leśna droga delikatnie pięła się w górę zostawiając za sobą zabudowania u wylotu dolinki. Po kilkuset metrach dotarliśmy do starej skoczni narciarskiej. Zbudowana w 1932 roku służyła do rozgrywania szkolnych zawodów. Teraz całkiem zarośnięta bula, prawie nie pozwala dostrzec, że kiedyś to miejsce tętniło pewnie sportowym dopingiem. Tylko tablica ścieżki dydaktycznej przypomina o niegdysiejszej świetności obiektu. Idąc nieco dalej szlak skręca ostro w prawo wprost do niewielkiego załomu skalnego zwanym Percią Gwarków. Trudny to do pokonania odcinek skalnej grzędy z kilkunastometrowej wysokości drabinką stalową. Gdzieś w przewodniku wyczytałem, że płaskie skały tu wydobywane, służyły np. do krycia dachów pobliskich domostw! W deszczowe dni skały są wyjątkowo śliskie, a te tutaj trudno ominąć. Łatwo za to można doznać kontuzji. Drabinka również nie należy do najłatwiejszych atrakcji zwłaszcza dla osób nie mających obycia z wysokością. Przeszliśmy więc ostrożnie ten odcinek. U góry jakby nigdy nic ścieżka łagodnie prowadziła przez niezbyt gęsty las. Kilkadziesiąt metrów dalej szlak prawie zawraca biegnąc inną ścieżką w przeciwnym kierunku. Mając na głowie kapotę można się w tym miejscu pogubić. Leśny odcinek lekko nas unosił nie będąc specjalnie interesującym. W kilku miejscach przecięliśmy kolejne leśne drogi dojazdowe, prowadzące zapewne do leśniczówki i schroniska. Minęliśmy leśną polanę. Jedno z niewielu miejsc charakterystycznych na naszym szlaku. Trochę dalej postanowiliśmy uzupełnić płyny. Przysiadłszy na kupce zgromadzonego drewna wyciągnęliśmy butelkę wody. Gdzieś daleko w lesie słychać było silnik jakieś pojazdu. Wyraźnie podąża w naszą stronę. Kiedy zbieraliśmy się do dalszej drogi, pojazd ów przemknął obok nas dość widowiskowo pokonując zakręt. To był samochód GOPRu. Jechał na sygnale (świetlnym), a więc do akcji. Nie dowiedziałem się co się stało. Z góry zaczęli schodzić turyści. Pusty dotąd szlak teraz gęstniał w oczach. Zaczęło mżyć. Różne wycieczki schodziły od schroniska. Ostatni etap dojścia prowadził wąskim skalnym jarem ostro pod górę. Niewielkie koryto z trudem mieściło mijających się ludzi. Teraz już solidnie padało. Dno jaru wypełniało się spływającą wodą. Poubierani w peleryny z lekkim trudem podążaliśmy w kierunku schroniska. Było dość ciepło, a nasze wierzchnie okrycia nic nie przepuszczały. Niestety - nic znaczy w obie strony. Na zewnątrz deszcz, a pod peleryną pot skutecznie doprowadzał nas do stanu totalnego przemoczenia. Zresztą nie tylko my byliśmy coraz bardziej przemoczeni. Z góry schodziła spora grupa dzieci. Chyba jakaś szkolna wycieczka. Wielu z nich miało foliowe peleryny i zbiegając szeleścili niesamowicie. Większość z tych dzieciaków miało zwykłe adidaski, które szybko nabierały wody tej ze szlaku jak i tej spływającej po foliowych przykrótkich pelerynkach.
 


 

Kiedy wreszcie zobaczyliśmy schronisko, wydawało nam się, że wszyscy już je opuścili. Budynek dość okazały, dobrze wkomponowany w zbocze, nawet w deszczu wydawał się ładny. Po kamiennych schodkach weszliśmy na niewielki taras. Dopiero z tego miejsca widać było szeroko otwarte drzwi wejściowe, a w nich... tłok. No tak. A czego się mogliśmy spodziewać? Przecież to jedyny w okolicy suchy kąt. Jakoś wcisnęliśmy się do wiatrołapu i korytarza. Zdejmując mokre wierzchnie okrycie trzeba było uważać, żeby nikogo nie pochlapać. Schroniskowa jadalnia wypełniona była po brzegi. Nie było sensu przeciskać się do baru. Zostaliśmy więc w korytarzu. Kiepskie miejsce na odpoczynek kiedy wciąż ktoś próbuje wyjść na zewnątrz, by za chwilę wrócić (bo pada!) albo ktoś inny przeciska się do WC. Wytrzymaliśmy i tak za długo zanim zdecydowaliśmy się wyjść i schować się pod jeden z parasoli reklamowych na tarasie. O dziwo nie przepuszczały one deszczu! Nawet ławki pod nimi były suche. Jakiś wafelek prowiantowy zdecydowanie poprawił nam humory.

Ludzie powoli zaczęli opuszczać schronisko. W końcu mogliśmy wejść do środka. Stolik na końcu sali w rogu wydawał się idealny. Schowani w półcieniu jadalni, popijając schroniskową herbatę obserwowaliśmy pozostałych jeszcze gości, zaskoczonych pewnie deszczem. Miałem doskonały widok na bar, sam będąc prawie niewidoczny z tamtego miejsca. Ktoś z drugiego końca sali głośno rozmawiał, jakby chcąc koniecznie zwrócić na siebie uwagę. Zawsze ktoś taki się znajdzie.

Kilka minut później i on opuścił schronisko i zrobiło się całkiem przyjemnie. Tylko odgłosy krzątających się osób w kuchni pozwalały domyślić się, że kilka chwil wcześniej ruch przy barze był spory. w rogu sali przy oknie ktoś czytał książkę. Zajęty był jeszcze stolik przed nami, no i ława na środku, gdzie młodzi rodzice z małym chłopcem czekali na poprawę pogody. Malec podchodził do baru i zaglądał za ladę coraz śmielej. Dziewczyna za barem, wyglądająca na bardzo miłą osobę, próbowała zagadać coś do niego. Ten natychmiast robił zwrot i uciekał do taty po czym, znów zaglądał nieśmiało tam, gdzie zwykły turysta wstępu nie ma. W końcu jednak za pomocą sztuczki z lizakiem udało się zdobyć zaufanie malucha.

Obserwowałem tę dziewczynę odkąd tu siedzieliśmy, bo i gdzie miałem patrzeć. Z jednakowym, wcale nie wyćwiczonym uśmiechem obsługiwała każdego kto podszedł do baru. Zasłyszałem rozmowę o pobliskich szlakach turystycznych i już nie miałem wątpliwości o jej kwalifikacjach. Ona znała te szlaki. Przypomniałem sobie o tym tłumie, który był tu pół godziny wcześniej. Jeśli ona z tym samym uśmiechem potrafi nadal jeszcze pracować to słowa uznania za pogodę ducha w taka pogodę na zewnątrz.

Schronisko pod Kopą Biskupią ma pewną tradycję.

Otóż każdemu kto pojawi się tu w krawacie zostaje on obcięty. I nie chodzi tu o złośliwość tylko o tradycję. W schronisku sztywny styl bycia nie uchodzi. Na dowód tradycji pod stropem na jednej z belek wisi ładny zbiór obciętych krawatów.

Chociaż miłe to miejsce i nie spieszno nam wracać, to jednak korzystając z tego, że nie padało postanowiliśmy wyruszyć z powrotem w dolinkę. Niestety już kilkadziesiąt metrów od schroniska znów zaczęło mżyć. Peleryna i w drogę. Mówi się trudno. Niespecjalnie uważając na znaki szliśmy dość dobrym tempem tą samą drogą co w pierwszą stronę. Wyprzedziliśmy jakąś rodzinkę strasznie rozwleczoną na ścieżce. Lekki wiaterek wiał teraz w plecy i kapoty opadały nam na oczy. Niezbyt przyjemny to był marsz. Jeszcze nie wyschnięte koszulki po podejściu, teraz robiły się nieprzyjemnie zimne pod plecakiem. Po jakimś czasie opanowaliśmy sztukę takiego trzymania peleryny, aby woda spływająca z niej nie zalewała butów. Szliśmy sobie tak ze sto, a może i trzysta metrów za dwoma kolesiami kiedy ci nagle skręcili w krzaki. Wtedy dopiero się obróciłem za siebie. Nigdzie nie było znaku szlakowego. To nie była nasza droga. Nie było rady. Trzeba było się wrócić. Znalazłem ostatni znak przy drodze i ścieżkę, gdzie mieliśmy skręcić. Za nią jakby wydrapany znak. Tu się pomyliliśmy. Wąska ścieżyna opuszczała nas powoli w dół. Uważając, aby znów nie pogubić znaków i nie strącać na siebie litrów wody z krzaków schodziliśmy powoli w gęstej mżawce. Zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej szlak znów wyprowadził nas w pole. Później już było lepiej. Właściwie to każda droga byle w dół zaprowadziłaby nas w to samo pewnie miejsce, ale nie znałem tych okolic, więc woleliśmy trzymać się znaków.

Tuż przy skręcie na Perć Gwarków spotkaliśmy kilku chłopaków. Wywiązała się dyskusja na temat szlaku. Okazało się, że oni pogubili się właśnie w tym miejscu. Szli do schroniska, bo tam nocowali. Minęło kilka minut zanim dotarło do nich, że kierunek, którym chcieli iść dalej skierowany jest w przeciwną stronę. Musiałem wyciągnąć mapę i wskazać miejsce, gdzie akurat byliśmy. Nie mieli ze sobą plecaków. Chyba postanowili „wyskoczyć na miasto".

Znów trzeba było pokonać skalne utrudnienie. Solidnie zlane deszczem skały zrobiły się naprawdę śliskie. Mokra stalowa drabinka też nie wydawała się szczególnie łatwa, zwłaszcza, że nasze luźne peleryny dziwnie łatwo właziły pomiędzy buty, a szczeble, albo haczyły się o gałęzie. W końcu jakoś się udało. Wróciliśmy do schroniska w Jarnołtówku. Przebraliśmy się w suche ubrania. Piwko tego wieczora smakowało wybornie.

 
  Stronę odwiedziło już 33150 odwiedzających.  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=