Góry, szlaki - moja strona życia...
   
  Góry, szlaki - moja strona życia
  Chlebowy niedobór
 

Dopijaliśmy właśnie nasze zupki z kubka, tytki, papierka czy jak je tam zwał. Tak czy inaczej to była najdziwniejsza kolacja jaką do tej pory jedliśmy. Owszem, czasem się zdarzył jakiś rosołek ale tym razem zużyliśmy chyba wszystkie nasze zupki. Byliśmy po prostu głodni. Całkiem przytulna jadalnia maleńkiego pensjonatu nie wyganiała swoją zazwyczaj surowością. Przeciwnie - miły wystrój, obrusy na stołach, drewniane wykończenia i kominek na środku dłuższej ściany oraz kilka „górskich" gadżetów przypominały raczej schronisko niż Pokoje Gościnne. Byliśmy w jadalni sami.



schronisko na Wielkiej Raczy

  

Kilkanaście godzin temu, wcześnie rano, kiedy jeszcze było prawie ciemno ruszyliśmy w kierunku gór pokonując dość mgliste rankiem, prawie dwieście kilometrów. Zaraz po zameldowaniu się w pensjonacie przepakowaliśmy tylko nasze plecaki i ruszyliśmy na szlak. Kanapki przygotowane jeszcze przed wyjazdem, kilka drobiazgów i duża dawka optymizmu towarzyszyła nam od samego początku tego dnia. Spragnieni gór z perspektywą dwóch dni zagłębialiśmy się w las szlakową ścieżką powoli pnąc się w górę. Zanim zeszliśmy z asfaltu minęliśmy kilka osób sposobiących się również do górskiej wycieczki. My jednak mieliśmy nad nimi drobną przewagę: byliśmy już w jej trakcie. Po jakimś czasie dotarliśmy do miejsca gdzie zgromadzono w nieładzie drzewa po zrywce. Ogromne kłody pozbawione całkiem już gałęzi leżały gdzie popadnie na stromym zboczu jak rozsypane zapałki. Szlak tędy właśnie przebiegał i nie sposób tego miejsca było tak po prostu ominąć. Trzeba było się wykazać skocznością kozicy przy pokonywaniu tej przeszkody. Kiedy już przeszliśmy to składowisko, przysiedliśmy na chwilę obserwując ścieżkę. Od Rycerki nadciągali właśnie kolejni turyści.

Do schroniska na Wielkiej Raczy dotarliśmy później niż się spodziewaliśmy, więc było tam już trochę ludzi. Większość z nich to Polacy, ale sporo też było Czechów i Słowaków. Trzy kwadranse drogi od schroniska docierała kolej krzesełkowa po słowackiej stronie i to pewnie za jej pomocą tak wielu już ich tu dotarło. Wdrapaliśmy się na niewielką wieżę widokową za schroniskiem i stamtąd podziwialiśmy widoki. Wtedy jeszcze kiepsko znaliśmy topografię okolicy, więc uważnie przyglądaliśmy się poszczególnym szczytom próbując je nazwać zgodnie z wielką tablicą pokazującą nie tylko ich nazwy ale też kierunek i odległość od tego miejsca. Schroniskowa kuchnia akurat była w częściowym remoncie i kolejka szła dość ślamazarnie. My mieliśmy nasze kanapki, więc nie zamawialiśmy nic. Ktoś się awanturował, że informacja o remoncie nie dociera w doliny...

Kilka dłuższych chwil minęło zanim ruszyliśmy w drogę. Często przystając podziwialiśmy widoki roztaczające się w kierunku doliny Rycerki. Jakaś sarenka przyglądała nam się z daleka i nawet dała się sfocić na polanie pod szczytem. Szliśmy w kierunku schroniska na Przegibku. Słonko grzało miło, więc znajdując fajne miejsce poza szlakiem udało nam się poleżeć w wysokiej trawie gdzieś na hali pod szczytem Orła. Lubię sobie zrobić taką przerwę leżąc gdzieś z boku nie zauważony przez innych kilkanaście metrów od szlaku. Zrywam jakieś źdźbło, zakładam ręce za głowę i żując koniec tej trawy patrzę w błękit, słuchając świerszczy, ptaków i szumu kołyszących się wokół traw.
 


           Przełęcz Przegibek

Schronisko na Przegibku to niezwykłe miejsce. Położone w siodle pomiędzy Banią, a Praszywką wydaje się być schowane w górskiej głuszy, a jednak tak łatwo tu dotrzeć z obu stron przełęczy. Tu zjedliśmy schroniskowy, późny już obiad. Skalkulowałem czasy kolejnego etapu naszej wycieczki i postanowiliśmy nie wchodzić już na Praszywkę do Krzyża Jubileuszowego, aby uniknąć szukania ścieżki w ciemnościach. Do naszego pensjonatu mieliśmy prawie trzy godziny. W blasku nisko zawieszonego słońca opuszczaliśmy przełęcz. Gdzieś tak w połowie zejścia do doliny przypomniało nam się, że nie mamy nawet kawałka chleba. Zanim zejdziemy sklep we wsi pewnie będzie już zamknięty, a chleba o tej porze i tak pewnie już nie będzie. Śmierć głodowa nam nie groziła, ale perspektywa kolacji zastępczej nie była atrakcyjna, zwłaszcza po takiej wycieczce. Sytuację zdawał się ratować bar przydrożny na rozwidleniu dróg. Mimo, że już porządnie poszarzało, było otwarte. Wokół bawili się ludzie przy ognisku. Teraz dostrzegłem stojący opodal autobus. To wycieczka o charakterze wyjątkowo integracyjnym. Większość z jej uczestników była już nieźle wstawiona.

Stanąłem w drzwiach baru zostawiając Asię na drodze. Stoły były odsunięte w kąt, a obsługa uwijała się w kuchni nie zwracając uwagi na to, że ktoś stoi w wejściu. Wreszcie wyszła dziewczyna z tacą pełną specjałów. Zapytałem o możliwość odkupienia kilku kromek chleba. Widząc mnie z plecakiem i w buciorach zorientowała się, że nie należę do wycieczki. Odesłała mnie do szefowej, więc ponowiłem pytanie. Szefowa szybko odmówiła, zasłaniając się imprezą zamkniętą organizowaną na zewnątrz. Zaskoczyła mnie zupełnie w pierwszej chwili. Próbowałem „powalczyć" jeszcze o ten chleb, ale bezskutecznie. Dziś już nie pamiętam jakich słów użyła, ale zbiła mnie wtedy tak, że wróciłem zgaszony na asfalt. Widziałem ten chleb pokrojony w koszykach na ladzie.

Krótko opowiedziałem co się stało i bez słowa ruszyliśmy drogą w całkiem szary już wieczór. Dopiero za którymś zakrętem wpadłem na pomysł, żeby wrócić i poprosić kogoś z owej „biby" o ten chleb. Pewnie by nie odmówili. Asia jednak powstrzymała mnie, bo chciałem jeszcze w razie sukcesu pokazać właścicielce baru, że są jeszcze ludzie na świecie. No tak, szefowa nie mogła być góralką. Górale tak nie postępują - ci prawdziwi. Mrok ogarnął nas już zupełnie kiedy dotarliśmy do pensjonatu. Papierkowa kolacja musiała nam dziś wystarczyć.

Następnego dnia pieczywo kupiliśmy gdzieś po drodze do Soblówki. Tego dnia wleźliśmy jeszcze na Rycerzową.


 
  Stronę odwiedziło już 33150 odwiedzających.  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=