Góry, szlaki - moja strona życia...
   
  Góry, szlaki - moja strona życia
  Mała Fatra
 


Właściwie nie pamiętam jak to się stało, że pojechaliśmy aż na Słowację. Może dlatego, że kiedy byliśmy w tym rejonie ostatnio, a było to dziesięć lat wcześniej, kompletnie nie dopisała nam pogoda i teraz chcieliśmy sobie to wynagrodzić. Wtedy nawet nie widzieliśmy żadnych gór, tylko mgła i mżawka, a byliśmy u stóp całkiem sporego masywu. Teraz jednak pogoda dopisała prawie w stu procentach.

Po drodze uświadomiliśmy sobie, że tak jak dziesięć lat temu teraz też trafiliśmy na „Janosikowe Dni". To wielki lokalny festyn, na który ciągnie mnóstwo ludzi.
 


Mała Fatra z polskiej granicy wiosną

Widać, że czasy się zmieniają. Zupełnie inna droga, ilość sklepów i punktów gastronomicznych kilka razy większa niż wtedy. No i niestety ilość samochodów też... gdzieś od Żyliny rozstawione były tabliczki informujące o kłopotach z przejazdem przez nasz punkt docelowy czyli Terchową - niewielkie miasteczko gdzie miał żyć podobno słynny rozbójnik Janosik. My jakimś cudem przejechaliśmy przez centrum i dostaliśmy się do parkingu w osadzie Stefanova. Dysponując prymitywną mapą wydrukowaną na zwykłych kartkach z jakiegoś portalu w necie ruszyliśmy w kierunku widocznej od parkinku góry o postrzępionym wierzchołku. Velky Rozsutec wg oryginalnej pisowni już tu wyglądał imponująco. Od razu szlak dawał nieźle w kość pnąc się w górę monotonnym podejściem przez leśną przecinkę.

Słońce nie szczędziło promieni i grzało nie miłosiernie. Trudno było znaleźć kilka minut drogi w cieniu mimo, że szlak biegł przecież w lesie. Szeroka przecinka leśna pokryta była w większości krzakami często kolczastymi, a ścieżka wydeptana była środkiem tej przecinki.

Na szczęście pokonaliśmy ten odcinek drogi i weszliśmy do lasu gdzie było znacznie przyjemniej. Pierwszy odpoczynek na prowizorycznej ławce przy tablicy oznajmiającej o szczycie Ślahorka. Nie bardzo wyeksponowany i porośnięty wielkimi sosnami punkt wysokościowy pozwalał odetchnąć chwilę. Ruszyliśmy dalej przez las teraz już prawie nie zdobywając wysokości. Ścieżka biegła zboczem masywu Rozsutca. Czasem po prawej pomiędzy drzewami widać było zbocze Stohu. To całkiem inna góra mimo, że leży w bezpośrednim sąsiedztwie Rozsutca, a jej wysokość to tylko 2 m mniej. Stoh nie ma gołych skał wystających od 1150 metra, które nadają Rozsutcowi niepowtarzalny wyraz zarówno z bardzo daleka (nie sposób pomylić tej korony z innym szczytem) jak i z bardzo bliska o czym mieliśmy przekonać się za kilkadziesiąt minut. Po wyjściu na bardziej otwartą przestrzeń ukazał nam się szczyt naszego celu wycieczki. Z tego miejsca był naprawdę wielki. Większy niż się spodziewałem. Strome ściany gołych skał tkwiły ponad nami. No ale tędy nie da się wejść na szczyt. Trzeba było obejść górę prawie dookoła żeby dostać się na przełęcz Medziholie, gdzie łączyły się wszystkie okoliczne szlaki i skąd można było rozpocząć wspinaczkę na szczyt. Dotarliśmy tam kilkanaście minut później. Do tej pory niewielu turystów mijaliśmy ale teraz zaczął się ruch.

Postanowiliśmy trochę odetchnąć i wyczekać moment taki aby nikomu nie deptać po piętach.

Tylko kilka pierwszych minut podejścia nie różniła się od innych naszych szlaków. Potem pojawiły się pierwsze drabinki. Pas kosodrzewiny minęliśmy bardzo szybko i dotarliśmy do skał. Tu szlak miejscami bywa bardzo wyeksponowany co oznacza niesamowite widoki na okoliczne szczyty. Powietrze jednak unosiło mimo wszystko jakieś mgiełki i widoczność nie przekraczała kilkunastu kilometrów. Dało się jednak powdychać te widoki. Stoh, Stohowe sedlo, Poludniowy Grun i gdzieś w oddali jeszcze za Chlebem - Velki Kryvan. To pasmo przepięknie wije swoje granie na południowy zachód od nas. Tam też trzeba wleźć...

Rzut oka w górę - do celu jeszcze spory kawałek. No to w drogę. Tu ludzi znacznie więcej niż do tej pory. Ktoś wchodzi tak jak my, inni schodzą w dół. Prawie cały czas jacyś turyści w zasięgu wzroku. To chyba przez te Janosikowe Dni bo szlak nie wygląda na tak uczęszczany w ciągu całego roku. Łańcuchy raczej nie wyślizgane, a nawet nieco pordzewiałe mówiły same za siebie. Nie to co na Babiej.

Im wyżej się wspinaliśmy tym bardziej wiał wiatr. Chwilami nawet trudno było utrzymać aparat w bezruchu no ale to miejsce było wyjątkowo odsłonięte. Coraz więcej ułatwień w postaci łańcuchów zamontowanych tu świadczyła o skali trudności szlaku. A za nami ciągle piękny widok na rozstaj szlaków, który z góry wyglądał bajecznie. Dotarliśmy wreszcie do miejsca szczególnie trudnego. Wielkie głazy, łańcuch z jednej strony niewiele pomagał. Dodatkowo zrobiło się dość ciasno na szlaku. Ludzie bardziej i mniej zaawansowani w turystyce górskiej, nie zawsze wyposażeni w odpowiednie obuwie schodzili właśnie tędy i akurat teraz. Pokonanie tych kilkunastu zaledwie metrów zajęło nam znacznie więcej czasu niż byśmy chcieli. Ostatnie metry tego odcinka prowadziły wąziutką ścieżką przez półkę skalną zupełnie odkrytą z jednej strony i stromo nachyloną skałą z drugiej. Pod nogami sto, sto pięćdziesiąt metrów przestrzeni. Jeszcze tylko jeden łańcuch i szczyt zdobyty.

Niestety tłok na szczycie panował jak w supermarkecie. Panujące tu „środowisko skalne" wymagało znalezienia odpowiedniego miejsca aby gdzieś spocząć. My jednak nauczeni wcześniejszym doświadczeniem wkładamy do plecaków wycięte kawałki karimaty, które w takich sytuacjach mogą służyć jako siedzenie. Rozłożyliśmy się najwygodniej jak się dało. Powietrze nie było krystaliczne ale i tak widok z Rozsutca był piękny. Od południa skąd podchodziliśmy ostatni odcinek widać było towarzyszący nam znajomy widok rozstaju szlaków, a nieco na lewo Wielką Fatrę. Dokładnie z drugiej strony w dolinie była Stefanova, a nawet parking i nasze auto ale widoczne tylko na maksymalnym zbliżeniu z aparatu. Zachód to łańcuch górski Małej Fatry urzekający swoim pięknem i troszkę przypominający nasze Tatry Zachodnie. No i wschód gdzie na pierwszym planie ale znacznie niżej od nas leży Mały Rozsutec równie poszarpany i skalisty jak jego wielki brat. A daleko na horyzoncie zaledwie zarys Tatr. Trochę szkoda, że powietrze nie dało nam tego dnia zobaczyć ich wyraźniej z tej strony.
 


 

Właśnie nadeszła pora obiadowa i korzystając z obecności w tak nietypowym lokalu na szczycie postanowiliśmy tu się posilić. Pałaszowaliśmy tak nasze kanapki, a wokół nas zmieniało się towarzystwo jak w kalejdoskopie. Obok normalnych turystów na tę niełatwą przecież górę jakimś sposobem wchodzili ludzie i ludziska. Zapamiętałem jedną rodzinkę z ojcem w klapkach sportowych na czele i znudzonymi dzieciakami w wieku późnopodstawowym. Gość tłumaczył coś rodzince po słowacku ale robił to tak głośno i stanowczo, że w połączeniu z wydźwiękiem języka naszych południowych sąsiadów można było porównać ich do znanej z amerykańskich komedii rodziny Grizzwordów zwiedzających Europę.

Czas leciał, a my mieliśmy w planie zejście Hornymi Dierami czyli dolinką ze strumieniem i atrakcjami w postaci mostków, drabin i pomostów ułatwiających przejście. Ruszyliśmy więc ponownie na szlak. Jak się okazało znalezienie właściwej ścieżki nie było takie proste. Ale zabłądzić się nie dało. Mimo braku znaków na szlaku postanowiłem, kontynuować marsz ścieżką w ciemno będąc pewien połączenia jej z właściwą drogą. Nie myliłem się, ale zanim znaleźliśmy pierwszy znak trzeba było przedrzeć się przez mocno zarośnięte kosodrzewiną przejście i strome zbocze skalne nafaszerowane odchodami pochodzenia ludzkiego. Schodząc już oznakowanym szlakiem prawie ciągle trzeba było odpowiadać na turystyczne pozdrowienie tyle, że w języku słowackim co stało się dość męczące. Po kilku minutach zacząłem odpowiadać po Polsku. Miłą niespodziankę usłyszeliśmy w połowie drogi słysząc pozdrowienie również po Polsku. Wymiana zdań i już stało się jasne, że spotkaliśmy na słowackim szlaku rodaka z okolic Rybnika.

Niedługo później dotarliśmy do kolejnego rozstaju szlaków. Jeden z nich to nasz, a inny prowadził na Mały Rozsutec. Jestem pewien, że jeszcze tu wrócimy...

Tu troszkę postanowiliśmy odpocząć. Poza tym trzeba było opatrzyć poobcierane stopy Asi. Apteczka się przydała.

Było już popołudnie, a my wciąż mamy do pokonania kilka godzin szlaku. Pod Małym Rozsutcem roiło się od ludzi jak w ulu, ale nie było to zjawisko szczególnie dziwne, bo przecież tu schodziły się szlaki ze szczególnie atrakcyjnych miejsc Małej Fatry. To tu można dojść od strony Hornych Dier, tu zaczyna się szlak na Mały i na Wielki Rozsutec. My mijając ładną polanę pod Tanecznicą weszliśmy w wąwóz dość gęsto zarośnięty drzewami gdzie nagle pojawił się potok z krystalicznie czystą wodą. Atrakcje tego przejścia widzieliśmy w necie i raczej nas nie mogły zaskoczyć ale ich wielkość na zdjęciach była trudna do oszacowania. Zaczęło się gładko od dużej rozpadliny skalnej i jakiegoś powalonego pniaka, ale już po chwili dotarliśmy do pierwszych drabinek zamontowanych nad wodospadami albo po stromo schodzącej skale. Przejście niektórych odcinków wymagało dużego skupienia szczególnie dla kogoś mniej narażonego na co dzień na podobne atrakcje. Na szlaku ciągle panował spory ruch, co wymuszało czasem konieczność odczekania na swoją kolejkę do przejścia przez kolejną przeszkodę. Na szczęście nawet w takim wąwozie było na co popatrzeć. Woda wyżłobiła sobie ciekawe zakola odsłaniając kolejne warstwy skał co wyglądało dość bajkowo.
 


 

Dysponując wydrukowaną na zwykłej kartce kiepskiej jakości mapą, dotarliśmy do rozstaju szlaków i zrobił się mały problem. Czas biegł szybciej niż tego chcieliśmy i nasza wycieczka też wymagała drobnych korekt. Trzeba było zrezygnować z przejścia przez „Nove Diery" tylko czy to tędy? Na szczęście szybko się zorientowałem które to miejsce na naszej mapce i słusznie ruszyliśmy dalej prosto. Szkoda by było minąć więcej niż to konieczne.

Teraz już spokojnie szliśmy dalej aż do miejsca zwanego Podziar gdzie w warunkach wyjątkowo polowych nieźle funkcjonował mały bar na szlaku zorganizowany w jakiejś chacie. Prąd z agregatu, a woda właściwie niewiadomo skąd. Obsługa naprawdę szybka jak na tą ilość turystów. Malutkie pomieszczenie z prowizorycznym barem mieściło góra pięć osób. No i niebywale niskie ceny, które u nas w Polsce w takich miejscach czasem zwalają z nóg bardziej niż zmęczenie. 6,5 zeta za dwie kawy choć podane w papierowym kubku to naprawdę niewiele i to ze śmietanką i cukrem Z tą kawą zasiedliśmy przed domem na prowizorycznej ławce i przysłuchiwaliśmy się siedzący obok Słowakom. Oni też dysponowali niezłą mapą ale naszej nikt nie przebije. Chyba zachowam ją dla potomności.

Słonko już chyliło się ku ziemi i czas było znaleźć drogę do auta. Jeszcze tylko spojrzenie za siebie z przełęczy w kierunku miłego miejsca z chatką i w drogę. Nie licząc ptaka, który siedział na gałęzi nad ścieżką i rozdłubując jakiś orzech za nic miał przechodzących pod nim turystów, zejście do Stefanowej nie kryło już niespodzianek. Nawet mała sesja foto nie przestraszyła skubańca, a mieliśmy go prawie w zasięgu rąk.

Widok parkingu nawet trochę mnie ucieszył, bo mogliśmy nareszcie przebrać spocone koszulki i skarpety. No i na niebie też już zrobiło się nieciekawie. Pozostałe korony postanowiliśmy zamienić na piwo w pobliskim markecie. Podczas zakupów rozszalała się ulewa jakiej dawno nie widzieliśmy. Do auta mieliśmy może trzydzieści metrów, ale to wystarczyło żeby nasze świeże koszulki przemokły zwłaszcza na plecach. Trudno się mówi i już. Pomyślałem o tych nieszczęśnikach, których spotkaliśmy schodząc z gór. Oni nie mogli zdążyć nigdzie się schować. Na Rozsutcu pewnie lało równie mocno jak tu, a zejście w takich warunkach należało do wyczynów ekstremalnych. W wąwozie woda musiała przybierać na stanie i na sile spadając z kolejnych kaskad. Nie zazdroszczę nikomu kto nie zdążył. Nasze mokre trochę koszulki to pestka. My to jednak mamy farta.

 
  Stronę odwiedziło już 33150 odwiedzających.  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=