Góry, szlaki - moja strona życia...
   
  Góry, szlaki - moja strona życia
  Powalone drzewa
 



Minąłem kolejne już dziś powalone niedawną wichurą drzewo. Przeskoczyłem mimo, że ktoś wydeptał wyraźną ścieżkę tuż obok. Po prostu chciałem przejść drogą w pierwotnym jej biegu. Drzewo przetrwało zimę, a teraz leży na ziemi zdmuchnięte jakimś wiosennym wiatrem. No i od razu pojawiła się ścieżka obok. Ileż to ludzi musiało się tędy przewinąć, że już tak tu wrosła. Nie wszyscy korzystają z wygodnego obejścia o czym świadczą wyślizgane butami ślady na pniaku. Tak jak ja, musiało skakać tu wielu.

Przechodzę kawałek w samotności. Tam na polanie siedziało kilka osób, a tu żywej duszy. Drzewa nie tak już gęste, a droga zaczęła się rozwidlać. Ciągły ruch turystyczny sprawił, że ludzie w tym miejscu chodzą różnymi ścieżkami. Niby tym samym szlakiem, ale różnymi drogami. Tak jak przy tym powalonym drzewie. Ta sama droga i kilka wariantów przejścia. Tu również. Wszystkie ścieżki prowadzą jednak na Halę Boraczą. Różni ludzie - różne drogi - pomyślałem wychodząc zza krzaków wprost na otwartą przestrzeń. Jakaś większa wichura posprzątała co nieco, pozostawiając po sobie spustoszenie i odsłaniając szeroki widok. Przysiadłem tuż pod lasem pod nogami mając wielką przestrzeń. To kiedyś były lasy porastające masyw Boraczej.

Gdzieś daleko stał budynek schroniska. Wszystkie ścieżki łączyły się przed nim i dalej szutrową drogą, aż do Prusowa podążały szarożółtą wstążką, by w końcu zniknąć gdzieś wśród pól i lasów.
 


 

Zza opadającego grzbietu słychać było grupkę osób. Młode głosy wyraźnie dobrze się bawiły. Jeszcze nie było ich widać, ale wyraźnie się zbliżali. Niestety dość często można takich krzykaczy spotkać tam, gdzie wydawać by się mogło panuje błoga cisza. Właściwie nie wiadomo po co wyszli na szlak. I tak nic ich nie obchodzi. Często z butelką piwa albo puszką, którą pewnie zostawią w najlepszym przypadku gdzieś w krzakach, idą nie wiedząc nawet dokąd. Ciekawe jest to, że są przeważnie nieźle ubrani. Markowe, drogie ciuchy, ale za to żadnego ekwipunku. To ci młodzi, a starsi choć bez Hi-Techów, to wcale nie ustępują młodym w ogłaszaniu światu, że właśnie nadchodzą. Zawsze w takiej grupie znajdzie się ten najważniejszy i wszystkowiedzący. Można takiego poznać po ilości i głośności wykrzykiwanych mądrości. Pamiętam takiego ze szlaku na Pilsko. Schodząc w dół opowiadał coś swoim towarzyszom, śmiejąc się głośno. Kiedy się mijaliśmy, nagle zwrócił się do mnie pytając gdzie jest ten szlak do schroniska na Rysiance, którego zielony dach zresztą widać było z tego miejsca. Albo ta grupa na drodze do Morskiego Oka. Stanęli z rozłożoną mapą tuż przy wejściu w las z asfaltu i zastanawiali się czy droga też prowadzi do schroniska. Najgłośniejszy z nich krzyczał, że po prostym nie pójdzie, bo przyjechał w góry. Potem zostawiliśmy ich daleko w tyle idąc z czteroletnią wtedy Emilką.

Krzykaczy spotkać można wielu i należy ich unikać, bo nawet jeśli idą akurat sami to prawie zawsze przyczepią się i gotowi są zamęczać nas niekończącą się gadaniną. Na nic wytrzeszczać oczy w poszukiwaniu kozic, sarenek czy jeleni. Wszystkie stworzenia z daleka będą wiedzieć o nadejściu intruza. Łatwo takiego typa rozpoznać już po pierwszych słowach. Trzeba czasem zweryfikować nieco plany, żeby nie pokrywały się one z jego planami. Chyba, że ktoś lubi...

Pomyślałem sobie, że kiedy ta hałaśliwa grupka wyjdzie zza grzbietu zrobi się naprawdę głośno. Wtedy ruszę. Póki co wyjąłem z plecaka coś tam z prowiantu i obserwowałem spokojnie okolicę. Ścieżka, przy której siedziałem nie była jedyną w okolicy. Gdzieś niżej biegł szlak na Lipowską. I z tego kierunku ktoś spokojnie podążał. To były dwie postacie. Szły sobie równo kilkanaście metrów od siebie. Na plecach ekwipunek znacznie poważniejszy od mojego. Śpiwory przytwierdzone do plecaków świadczyły o niemałym doświadczeniu w górołażeniu. Nie widać, żeby się do siebie odzywały, ale na pewno szły razem. To były dwie dziewczyny. Za moimi plecami ktoś nagle wyszedł ścieżką, którą i ja kilkanaście minut temu przyszedłem.

- Cześć,

- Cześć - odpowiedziałem trochę zaskoczony, bo nie słyszałem, że ktoś nadchodzi.

Trzy osoby schodziły od Redykalnej, ale nie było ich tam kiedy tamtędy przechodziłem. Było tam kilka grupek rozsianych na wygniecionej trawie, ale na pewno tych ludzi nie widziałem, a zapamiętałbym pewnie, bo wyglądali na wprawionych wędrowców. Na Redykalnej z wprawionych to widziałem tylko młodego chłopaka z dymiącym papierosem. Siedzi taki sobie nawet nie rzucając się w oczy. Dopiero gdy nagle wstał zauważyłem, że to nie żaden górołaz, tylko zestresowany długim podejściem palacz. Z kieszeni dresu wyjął paczkę papierosów i zasłaniając się od wiatru kręcił bączki usiłując zapalić zapalniczkę. Paląc w pozycji stojącej i przebierając w miejscu nogami, swoim czerwonym dresem całkiem zepsuł widok na siodło pod Halą Redykalną. Kiedy dotarł do mnie smród tytoniu ruszyłem i przeskakując przez te powalone drzewo dotarłem tu w nadziei, że znajdę więcej spokoju. Tych troje, którzy wyszli przed chwilą zza moich pleców, było już kilkadziesiąt metrów niżej. Całkiem tu fajnie i nie chce się iść dalej. Tym bardziej, że przy schronisku widać spory ruch. Gdyby nie zamiar zakupu w bacówce za schroniskiem sera, pewnie ominąłbym to miejsce szerokim łukiem. Moje rozmyślania przerwała nagle salwa śmiechu tych, co słychać było od jakiegoś czasu zza góry. Właśnie wszyscy idący mijali się na rozstaju szlaków. Teraz widziałem wszystkich. Te dwie dziewczyny idące od Lipowskiej, trójka co to przed chwilą mnie zaskoczyła i jak się okazało sześć osób w stanie wyraźnie lekkiego spożycia, idących w niewiadomym jeszcze kierunku. Pech - idą na mnie. Ruszyłem żwawo i minąłem ich kiedy właśnie pokonywali pierwsze bardziej strome metry szlaku. Nikt nie odpowiedział na pozdrowienie. Adidasy, trampki i lekkie kurteczki to jedyne ich wyposażenie. Tylko jedna dziewczyna miała na sobie kurtkę podobną do mojej. Chyba zmęczyło ich to podejście, bo oddalając się nie słyszałem już ich krzyków. Kilkaset metrów dalej, zaledwie kilka minut drogi od schroniska nie sposób było nie zauważyć inny rodzaj ludzkiej ułomności. Baca oparty o świeżo zrobione ze świerkowych drągów barierki majaczył coś o grosickach i o tym, że turystom szkoda ich rzucić, a po górach to chodzą. Gdyby nie ta świerkowa bariera to poleciałby pewnie wbrew swojej woli w dolinkę do wsi. Póki co zbierał na kolejną flaszkę. Przed schroniskiem było więcej ludzi niż widziałem z góry. Znalazłem wolną ławkę tuż przy przejściu pod boczną ścianą schroniska. Zjadłem dwie trzecie kanapek popijając herbatą z termosu. Mnogość i różnorodność ludzi jaka przetoczyła się w tym czasie szczerze mnie zaskoczyła. No to teraz w „naszym" Beskidzie mamy już tłok jak w Tatrach. Każde schronisko lepiej omijać szerokim łukiem. Przynajmniej w godzinach około południowych.

Buty trakkerskie, adidasy, sandały i szpilki choć nie wysokie przechodziły obok, bo wszyscy wchodzący do schroniska tędy musieli przechodzić. Bluzy, swetry i koszule z krawatem. Przesada w strojach świeciła jaśniej niż słońce tego dnia. Marynarka czy garnitur nie jest najlepszym strojem na niewielkie nawet górki, ale wielki wór na plecach równie wielkiego faceta, do którego podoczepiane były elementy szpeju wspinaczkowego, wysokościomierz z odbiornikiem GPS to już chyba szpan. No bo na co to tu, na Boraczej. Wózki dziecięce i pieski rasowe. To wszystko ludzie taszczą ze sobą w góry.
 


 

Pozbierałem się czym prędzej. Wizyta w bacówce nie była zbyt długa. Pognałem szybko w kierunku gdzie ludzi było najmniej. I miałem rację. Na szlaku czekały na mnie jeszcze inne powalone drzewa. Może tym razem obejdę je dookoła?

 
  Stronę odwiedziło już 33150 odwiedzających.  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=