Góry, szlaki - moja strona życia...
   
  Góry, szlaki - moja strona życia
  Poza szlakiem
 



Lato roku 95' było wyjątkowo łaskawe. Od kilku dni „żarówa" ogrzewała powierzchnię ziemi dość monotonnie. Nie było mowy o załamaniu pogody. Kilka dni spędzonych razem w górach z Asią pozwalały naładować akumulatory. Myśl o wejściu na kolejny szczyt ostrzyła we mnie apetyt na więcej. Tak też było i tym razem. Po Szyndzielni, Baraniej Górze i kilku innych chciałem koniecznie znów stanąć gdzieś na nowym szczycie. To miała być Wielka Rycerzowa.

Okolice Soli i Rycerki nie były dla mnie nowością, ale w Ujsołach jeszcze nie byłem. Musieliśmy podjechać samochodem w miejsce gdzie można było zamknąć pętlę naszej wycieczki. Wiedziałem, że na przejście całego worka Raczańskiego nie starczy nam czasu w pętli, więc trasę postanowiłem uprościć. Musieliśmy wejść na szlak gdzieś w połowie wchodząc ścieżką na grzbiet i dalej na Rycerzową. Czy to zawiniła kiepskiej wtedy jakości mapa, czy mój błąd nawigacyjny - nie wiem. Nigdy nie miałem najmniejszych nawet problemów z orientacją w terenie. Tym razem coś pokręciłem tak, że do dziś nie mam pojęcia gdzie tak naprawdę wtedy byliśmy.

Samochód został przy drodze obok kapliczki, która zresztą widniała na mojej mapie. Teraz wiem, że kapliczek jest tam co najmniej kilka. Nie oznakowaną ścieżką zaczęliśmy wchodzić po dość stromym zboczu. Szybko zagłębialiśmy się w leśną głuszę. Zanim doszliśmy do miejsca gdzie teren przełamywał się i zaczynał opadać minęło trochę czasu. Ścieżka wzdłuż grzbietu była dość wyraźna. Tu należało wypatrywać szlaku. Nic jednak nie znaleźliśmy. Mimo to postanowiłem podążać dalej w górę tą ścieżką w nadziei, że być może szlak dołączy gdzieś wyżej. Dwie godziny marszu przekonały mnie, że na pewno nie jesteśmy w tym miejscu, w którym byśmy chcieli być. W dodatku nasza dotąd wyraźna ścieżka zaczęła teraz jakby zanikać. Zastanawiałem się czy nie zawrócić, ale szkoda było pięknego dnia. Pewne było, że z Rycerzowej nici. Chyba, że znajdziemy szlak. Nie miałem kompasu. Zresztą na nic by się tu nie przydał. Las gęsty, żadnych punktów odniesienia.

Kierunki świata zawsze potrafiłem prawidłowo wyznaczyć. Trudno było mnie wyprowadzić w pole we wszelkich grach terenowych. Tu jednak zacząłem poważnie powątpiewać w swoje umiejętności. Kiedy więc dotarliśmy do miejsca gdzie gąszcz lasu nie pozwalał iść dalej grzbietem, usiadłem i rozłożyłem mapę. Głupio było przyznać przy dziewczynie, że pobłądziliśmy. Samemu przed sobą też nie było łatwo, a jednak. Trzeba było to powiedzieć wprost. Nie miałem pojęcia gdzie byłem. Asia nawet się nie przejęła zbytnio kiedy jej to oznajmiłem. Spytała tylko co dalej. Dalej to idziemy przez tę gęstwinę trzymając się wschodniego zbocza. Jeśli nie znajdziemy żadnego punktu odniesienia to schodzimy w dół. W dolinie znajdziemy pewnie strumyk, potem rzekę i ta doprowadzi nas do drogi. Miałem nadzieję tylko, że nasza dolina to nadal ta, w której zostawiliśmy samochód. Ryzykowne to było, owszem, bo co jeśli gdzieś wcześniej do grzbietu dołączył inny, niższy? Trzeba będzie obejść spory kawałek, albo przejść przez niego.

Nie mam pojęcia ile jeszcze przeszliśmy zanim zdecydowaliśmy schodzić wreszcie w dół. Dalej nie było sensu iść. A może sens był, tylko o tym nie wiedzieliśmy.

Znaleźliśmy ledwie wyraźną ścieżkę prowadzącą w dół i jej postanowiliśmy się trzymać. Długo jeszcze szliśmy zanim las zaczął wyraźnie się przerzedzać. Wreszcie dotarliśmy do zrytej zwózką drewna drogi. Wokół nikogo tylko mnóstwo ptaków, świergotów, wiewiórek, jakaś sarenka zdziwiona zapewne naszym widokiem, bo nawet nie uciekała tylko się nam bacznie przyglądała. Być może z daleka obserwował nas miś jakiś nawet, ale wolałbym o tym nie wiedzieć.

Wkrótce dało się usłyszeć odgłosy pracy jakiejś maszyny. To był dobry znak. Ruszyliśmy leśnym duktem żwawo w kierunku skąd dochodził odgłos. Nie ryzykując już żadnych skrótów mijaliśmy kolejne kupy drewna przygotowane do wywiezienia z lasu. Żadnych ludzi jednak nie było. Pierwsze zabudowania pojawiły się dopiero, gdy droga przestała opadać. Wyszliśmy z lasu na niewielki placyk pokryty korą i trocinami po ciętym drewnie. Tuż za nim mostek z bali drewnianych i mały tartak gdzie pracowało dwóch górali. To z tego miejsca pochodził odgłos rżniętych desek. Nawet nas nie zauważyli zajęci pracą. Chciałem zapytać gdzie właściwie jesteśmy, ale hałas był niesamowity, więc poszliśmy dalej. Idąc szutrową drogą minęliśmy kilka gospodarstw. Nikt jednak nie wyszedł przed dom. Jeśli ktoś nas obserwował to pewnie z ukrycia. I wcale się temu nie dziwię. Tu pewnie rzadko zagląda ktoś obcy i każdy budzi brak zaufania.

Nigdy się nie dowiedziałem jak nazywała się ta osada. Nigdy też w żaden logiczny sposób nie udało mi się wyjaśnić mojego błędu. Każdorazowa analiza tej części mapy kończyła się jej porzuceniem bez rozwiązania sprawy. Wszystkie ważniejsze grzbiety mają szlak. Każdy wariant wejścia musiał nas doprowadzić do oznakowanej drogi. A jednak. Góry mnie wtedy pokonały.

Na Rycerzową weszliśmy już dwa razy. Za każdym razem z innej strony.

A ten grzbiet? Może kiedyś uda mi się przejść tamte okolice i będę wiedział dokładnie gdzie jestem. Może innym razem...

 
  Stronę odwiedziło już 33150 odwiedzających.  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=